Stany Zjednoczone a Kuba – historia relacji (18)

Po długiej tym razem przerwie znów wracam do serii o Kubie i USA. I to w dzień ponownego nawiązania przez te kraje relacji dyplomatycznych.

Przypominam również, że cała seria dostępna jest w zakładce Kuba – USA.

 

Rozdział 18.

Akt z Chapultepec, trudne relacje z Argentyną, doktryna Laretty i pierwszy rysy w powojennych stosunkach z regionem.

Konferencja, do której nawoływały państwa latynoamerykańskie odbyła się w Meksyku w dniach 21 luty – 8 marca 1945 roku. Samo spotkanie było symbolicznym potwierdzeniem widocznej w całym okresie wojennym jedności zachodniej hemisfery. Najważniejszym efektem konferencji był Akt z Chapultepec, który miał na celu „…utrzymanie międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa (…) na tej Półkuli” . Zakładał on m.in. wspólne rozwiązywanie potencjalnego konfliktu i ustalał środki jakich można użyć „w razie agresji lub gdy są powody wierzyć, że agresja jest przygotowywana (…)” . Akt ten to pierwszy krok ku regionalnej organizacji bezpieczeństwa, do której utworzenia wzywał po wojnie, a zarazem zapowiedź zmian w ruchu panamerykańskim.

Stany Zjednoczone zdawały się podtrzymywać swe zaangażowanie w regionie. Obawy związane z mającą powstać ONZ zostały zażegnane, podczas konferencji w San Francisco (26 kwietnia – 26 czerwca 1945 roku), gdzie opracowywano Kartę Narodów Zjednoczonych. Pod wpływem państw amerykańskich znalazł się w niej Rozdział 8, uznający pełnię praw organizacji regionalnych i określający zasady ich współzależności względem ONZ.

Dobre stosunki Waszyngtonu z amerykańskimi sąsiadami z okresu wojny po jej zakończeniu zaczęły się powoli psuć. Jednym z powodów była kwestia Argentyny. Był to kraj, który w czasie wojny współpracował z nazistami, a gdzie od 1944 roku rządy sprawowała junta wojskowa. Stany Zjednoczone prowadziły politykę nieuznawania tego reżimu, co początkowo akceptowane przez większość republik latynoamerykańskich, z czasem zaczęło być widziane jako próba ingerencji w wewnętrzne sprawy Argentyny.

Wiązało się to z doktryną zbiorowej interwencji Larrety. W listopadzie 1945 roku Alberto Rodríguez Larreta, urugwajski minister spraw zagranicznych, wystosował notę do państw amerykańskich, w której przekonywał, iż istnieje „paralelizm między pokojem i demokracją”. W związku z tym zbiorowa interwencja państw regionu, przeciw każdemu antydemokratycznemu reżimowi jest legalna i konieczna. Notę tą z przychylnością powitał Departament Stanu, gdyż w gruncie rzeczy wycelowana była ona w totalitarne rządy w Argentynie, których Urugwaj się obawiał. Większość republik latynoamerykańskich, potępiła jednak to stanowisko, jako że za bardzo zagrażało wypracowanej z takim trudem przez ostatnie 20 lat zasadzie nieinterwencji i suwerenności każdego kraju. Postawę Waszyngtonu, państwa te odczytały jako co najmniej niefrasobliwe podejście do fundamentalnej dla nich zasady samostanowienia.

Nieuznawanie władz w Buenos Aires przez Waszyngton przyczyniło się ponadto do odwlekania terminu kluczowych dla przyszłości systemu panamerykańskiego konferencji, które Akt z Chapultepec zapowiadał jeszcze na 1945 rok. Biały Dom argumentował bowiem, że z ówczesnymi władzami Argentyny żadnego porozumienia podpisać nie mógł .

 

 

Jak USA stworzyły kanał transoceaniczny i przy okazji nowe państwo

W ostatnim czasie głośno się stało o idei budowy kolejnego – obok panamskiego – kanału łączącego Oceany Spokojny i Atlantycki. Myślę, że warto sobie przy tej okazji przypomnieć w jakich okolicznościach politycznych powstawały kanał i państwo panamskie.

Ps. Tych z Was, których interesuje tylko puenta z tytułu tego posta zapraszam do ostatniego akapitu.

W drugiej połowie XIX w. w prężnie rozwijających się Stanach Zjednoczonych coraz większe poparcie zdobywała koncepcja Nowego Objawionego Przeznaczenia (New Manifest Destiny). Wśród jej najpopularniejszych zwolenników znajdowali się m.in. Alfred Thayer Mahan czy Theodore Roosevelt. Uważali oni, że państwo amerykańskie, aby realizować swe szczególne – w ich mniemaniu – przeznaczenie i dobrze prosperować musi stawiać sobie coraz to nowe cele i dążyć do rozszerzenia swych wpływów politycznych i gospodarczych. Co do szczególnej roli Stanów Zjednoczonych na świecie oraz potrzeby rozwoju kraju, upewniały ich namacalne fakty i dane. U progu XX wieku Stany Zjednoczone ze swoimi 70 mln mieszkańców przewyższały pod względem liczby ludności wszystkie państwa europejskie. Prześcignąwszy Niemcy i Wielką Brytanię w produkcji stali, posiadając dużą już wtedy potęgę morską oraz związany z tym prężny i silny handel, stawały się najpotężniejszą gospodarką świata. Jeśli jeszcze w 1880 roku udział Wielkiej Brytanii w światowej produkcji przemysłowej wynosił 22,9%, a USA 14,7%, to w roku 1900 proporcje te kształtowały się odpowiednio: 18,5% oraz 23,6%.

Jakież to cele jednak zdaniem Thayera Mahana powinny stawiać sobie Stany Zjednoczone i w jaki sposób się rozwijać? Ów admirał amerykańskiej marynarki wojennej, w swej książce „Wpływ potęgi morskiej na historię” z 1890 r. przedstawił teorię ekspansjonizmu i budowy mocarstwowości Stanów Zjednoczonych poprzez stworzenie potężnej floty handlowej i marynarki oraz aneksje terytorialne. Jego zdaniem kluczem do przyszłości młodego jeszcze państwa miała być budowa potęgi morskiej – zarówno handlowej, jak i wojennej. Aby z kolei móc skutecznie operować na dwóch oceanach, niezbędny był efektywny sposób koordynacji działań i szybkiego przerzucania jednostek z jednego akwenu do drugiego. Jedynym rozwiązaniem to umożliwiającym był kanał przebiegający gdzieś w Ameryce Środkowej. Gdzieś – bowiem koncepcji było kilka i tereny ówczesnej Kolumbii wcale nie były od początku pierwszym wyborem. W różnych okresach XIX w. bardziej popularnymi ideami były: kanał przez przesmyk Tehuantepec w Meksyku czy kanał przez Nikaraguę i największe w regionie jezioro o takim samym imieniu (do której to koncepcji wraca się dziś). Idea budowy kanału transoceanicznego w miejscu, gdzie przebiega dziś kanał panamski została tak naprawdę rozwinięta na szerszą skalę przez Francuzów. Wszyscy (mam nadzieję) znają historię jak to setki inżynierów znad Sekwany, z konstruktorem kanału Sueskiego, Ferdynandem de Lesseps na czele, poniosły porażkę podczas budowy kanału w dzisiejszej Panamie. Choroby, pogoda, osuwająca się ziemia, a przede wszystkim niewystarczające fundusze zwyciężyły. Budowy zaprzestano, a akcjonariusze i właściciele praw do kanału szukali kogoś, komu mogliby to wszystko opchnąć i odzyskać część zainwestowanej sumy. Naturalnym kandydatem były budujące swą potęgę w regionie Stany Zjednoczone – zwłaszcza po tym, jak w 1898 r. zaangażowały się wojskowo na Kubie i otwarcie rozpoczęły marsz ku pierwszoplanowej roli na wodach zachodniej półkuli.

Jeszcze w 1850 r. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania zawarły układ Clayton-Bulvar, na mocy którego żadne z państw sygnatariuszy nie mogło samoistnie, bez zgody drugie budować kanału transoceanicznego i go fortyfikować. Wówczas było to znakiem wpływów Londynu. Pięćdziesiąt lat później jednak, w 1901 r. rządy obydwóch krajów podpisały traktat Hay-Pauncefote, który anulował układ  Clayton-Bulvar i dawał Waszyngtonowi prawo do samodzielnej budowy kanału łączącego Ocean Spokojny z Atlantyckim. Był to znak nowych czasów i potwierdzenie, że na zachodniej hemisferze, już także na morzach pierwszą siłą są Stany Zjednoczone.

Po długich debatach w Senacie w 1902 r. z woli prezydenta Roosevelta ustalono, iż kanał przebiegać powinien na terytorium ówczesnej Kolumbii. W styczniu 1903 r. podpisano niezwykle korzystny dla Stanów Zjednoczonych traktat z Kolumbią, który Kongres amerykański już w marcu ratyfikował, ale Senat kolumbijski w sierpniu tego samego roku odrzucił. Wówczas, 3 października 1903 r. z inspiracji USA część Kolumbii, gdzie m.in. miał biec kanał ogłosiła separację i utworzyła oddzielne państwo o nazwie Panama. W miesiąc później zostało ono uznane przez Waszyngton, a zaraz potem podpisano z nim traktat w sprawie Kanału Panamskiego. Oddawał on USA na czas nieokreślony prawo do kanału oraz pięciomilowej strefy po obu jego stronach, a ponadto powierzał im wyłączne prawo do obrony nowego państwa. Bogota rzecz jasna poza oficjalnymi protestami nie była w stanie nic więcej uczynić. Nie mogła ryzykować otwartej wojny ze Stanami Zjednoczonymi i musiała pogodzić się z oderwaniem części swojego kraju przez „wujka Sama”. Taką politykę zagraniczną USA, uciekającą się do wykorzystywania swej potęgi lub groźby jej użycia wobec słabszych sąsiadów określano mianem „Rooseveltowskiej dyplomacji grubego kija”.

O zacieśniających się relacjach Chin z krajami Ameryki Łacińskiej pisałem już 5 lat temu. Od tego czasu stosunki te się systematycznie zacieśniały i co jakiś czas pojawiają się analizy przedstawiające dynamikę wzajemnej wymiany handlowej:

1420584648_865524_1420585876_sumario_grande

Najświeższą jest ten tekst El Pais. Zainteresowanym tematem polecam.

Link do pełnego artykułu znajdziecie TUTAJ. Jeśli chcecie mieć niespodziankę, nie czytajcie dalej bo są SPOILERY!!!

Dla tych, co jednak lubią streszczenia lista prezentuje się tak:

  1. Caracas – przy czym, dodać należy, że według ankiety ECA International Caracas jest w ogóle NAJDROŻSZYM MIASTEM NA ŚWIECIE dla przyjezdnych.
  2. Sao Paulo
  3. Santiago
  4. Bogota
  5. Montevideo
  6. San Jose

Zaskoczeni?

Tymczasowa legalizacja imigrantów w USA

Mass amnesty would be unfair. Mass deportation would be both impossible and contrary to our character,” he said. „What I’m describing is accountability – a commonsense, middle ground approach: If you meet the criteria, you can come out of the shadows and get right with the law. If you’re a criminal, you’ll be deported. If you plan to enter the U.S. illegally, your chances of getting caught and sent back just went up.

Widać porażka Demokratów w niedawnych wyborach do Kongresu dała Obamie impuls do zrobienia „czegoś”. Tym czymś okazała się – szczęśliwie dla milionów nielegalnych imigrantów w USA, oraz samego kraju – kwestia imigracji. Wczoraj wieczorem, dekretem prezydenckim prezydent Obama ogłosił 3 letnią legalizację pobytu i zgodę na pracę dla ok. 4,4 mln nielegalnych imigrantów w USA. Dekret ten będzie chronić imigrantów-rodziców, których dzieci urodziły się na terenie USA i tym samym mają amerykańskie obywatelstwo oraz inne osoby o długich więzach z krajem Waszyngtona. Czemu dekret prezydencki? Jak słusznie stwierdził Obama, bo Republikanie blokują od dawna odpowiednie działania w Kongresie. Prawda jest jednak też taka, że sami Demokraci nie byli przekonani co do zakresu reformy imigracyjnej.

obama

W każdym razie – stało się. Pierwszy ruch ku kompleksowej reformie imigracyjnej w USA został wykonany. Czas na dalsze. Trochę bowiem obawiam się tego 3-letniego okresu. Co potem stanie się tymi osobami przez 3 lata legalnie żyjącymi i pracującymi?

Poniżej znajdziecie przemowę prezydenta z wczorajszego wieczoru, a TUTAJ nieco więcej informacji.

 

Ps. konserwatyści oczywiście atakują i potępiają ten ruch prezydenta.

Santos zawiesza rozmowy pokojowe w Hawanie

We are going to negotiate as if there were no terrorists, and we will fight the terrorists as if there were no negotiations

Według takich zasad prowadzono do wczoraj rozmowy pokojowe między rządem w Bogocie a guerillą FARC w Hawanie. Za 3 dni minęłyby 2 lata odkąd obie strony zasiadły ze sobą do stołu w stolicy Kuby. Minęłyby gdyż dziś prezydent Santos rozmowy owe zawiesił. Zawiesił je z powodu zatrzymania przez FARC generała Rubena Dario Alzate – najwyższego w historii działań FARC wojskowego, który znalazł się w rękach partyzantów. Okoliczności w jakich się to stało są dość niejasne. Gen. Alzate w cywilnym stroju wraz ze znajomym udał się na tereny kontrolowane przez FARC. Czemu się tam udał? Nie wiadomo. W każdym razie efekt jest taki, że Santos sam złamał zasadę na jaką umówił się z partyzantami – czyli kontynuowania rozmów niezależnie od tego, że konflikt trwa w najlepsze. Domaga się od FARC zwolnienia zakładników. Jest to warunek wznowienia rozmów. Poza złamaniem przyjętych zasad jest to też rzecz jasna cios w wizerunek prezydenta, dla którego proces pokojowym miał być czołowym osiągnięciem. Czy przychyli się do żądań Santosa? Przekonamy się wkrótce.

Brazylia po wyborach

Dilma Rousseff będzie rządzić Brazylią kolejną kadencję. Z jednej strony to nic niezwykłego, wszak w ostatnich 3 dekadach bodaj tylko 2 prezydentów w Ameryce Łacińskiej nie wygrało reelekcji. Z drugiej jednak, patrząc na sytuację wewnętrzną i niedawne protesty przed i w trakcie mistrzostw świata można to uznać za osiągnięcie. To przecież właśnie część tych niedawno protestujących (ta biedniejsza część) stanowi jej zaplecze polityczne. A jeśli dodać do tego fakt, iż Dilma nigdy nie była tak popularna, jak jej poprzednik Lula da Silva – kiedy ją mianował na swą następczynię mówiło się, że może nie wygrać wyborów mimo dużej popularności, jaką cieszył się Lula i jego partia – jej wygraną, nawet jeśli tylko kilkuprocentową i najniższą w nowoczesnej historii kraju, można uznać za sukces. Lub dobry marketing.

Sztab Rousseff straszył w kampanii, że wybór jej przeciwnika, reprezentującego centro-prawicę Aecio Nevesa oznaczać będzie likwidację rozbudowanych przez Lulę i następnie obecną prezydent programów społecznych. Oczywiście nikt nic takiego oficjalnie nie zakładał, ale wydaje się, iż udało się w ludziach wywołać strach i działanie odniosło to zamierzony skutek. Wyniki wyborów w poszczególnych stanach doskonale odzwierciedlają podziały na biedną północ i bogate południe:

2014-11-01 11.03.05

(źródło: The Economist)

Z jednej strony Rousseff może poszczycić się pewnymi osiągnięciami: rekordowo niskim bezrobociem, wzrastającymi płacami czy coraz mniejszymi nierównościami społecznymi. Co nie zmienia faktu, że za jej rządów gospodarka brazylijska znacząco zwolniła – wzrost jest bliski zeru, a inflacja podskoczyła do 6,7%. Po części można zrzucić winę na znacząco zmniejszoną wymianę handlową z Chinami, dokąd Brazylia eksportowała gro swych surowców i produktów nisko przetworzonych. Rząd jednak nie zrobił nic, by temu zaradzić. Do czego dochodzą rzecz jasna inne problemy, jak olbrzymia korupcja, wzrastające koszty życia, niesprawny system polityczny, przestępczość.

Nie jestem jednak przekonany, na ile Dilma Rousseff chce cokolwiek zmieniać w stosunku do swej pierwszej kadencji, a na ile po prostu przeczekać kolejne 4 lata z tym samym programem. A Brazylia jednak zmiany potrzebuje. Co zresztą było widać po niedawnych protestach i co zostało odzwierciedlone w wyborach. Duża część społeczeństwa opowiedziała się za zmianą właśnie – nawet jeśli miałoby to oznaczać odejście od władzy do niedawna tak popularnej Partii Pracy. Prezydent stanie przed wyzwaniem wprowadzenia niezbędnych reform przy jednoczesnym połączeniu podzielonego narodu. Co wcale nie będzie łatwe, nawet jeśli Rousseff działałaby na tym polu aktywnie. I choć to zapowiedziała zaraz po ogłoszeniu wyników wyborów, to nie jestem przekonany, że za słowami pójdą czyny.