amerykalacinska on Styczeń 24th, 2012

Artykuł opublikowany na serwisie mojeopinie.pl.

Real-ne kłopoty Brazylii

Pierwszy rok rządów Dilmy Rouseff, następczyni Luli da Silvy na stanowisku prezydenta Brazylii nie był łatwy. Wiele wskazuje na to, że kolejne będą jeszcze trudniejsze. I nie chodzi tylko o skandale korupcyjne, komplikacje w koalicji czy wpływy na arenie międzynarodowej. Chodzi o rzecz podstawową dla tego rozwijającego się giganta - gospodarkę.


Pomocna ręka. Chińska.

W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych czy Europy kryzys obszedł się z Brazylią bardzo delikatnie. Rosnące ceny surowców, duże zapotrzebowanie Chin na nieprzetworzone produkty oraz pędząca konsumpcja (popychana łatwo dostępnymi kredytami) sprawiły, że gospodarka brazylijska w 2010 r. rosła w tempie 7,5 % - najwyższym od połowy lat 80. XX w.

W dużej mierze to właśnie zakrojone na ogromną skalę inwestycje chińskie sprawiły, że rządowi Dilmy udawało się uniknąć skutków kryzysu finansowego. Skalę zacieśniania wzajemnych powiązań na linii Brasilia - Pekin oddaje ponad trzykrotny wzrost wymiany handlowej w ostatnich 5 latach. Innym czynnikiem, który pozwolił gospodarce brazylijskiej utrzymać dobrą kondycję była ostrożna (by nie rzec konserwatywna) polityka fiskalna, umożliwiająca zachowanie stabilnego systemu bankowego, systematycznego wzrostu gospodarczego, sprawne zarządzanie długiem i zwiększenie rezerw walutowych.

Symptomy problemów

Jednym z efektów polepszającej się sytuacji w Brazylii, były (i są) rosnące szeregi klasy średniej, a wraz z nią większe potrzeby konsumpcyjne i wydatki. Gospodarka jednak przestała nadążać nad zapotrzebowaniem zarówno wewnętrznym, jak i ciągle rosnącym zewnętrznym (głównie tym spod znaku smoka). Od ponad roku się przegrzewa, czego efektem jest rosnąca inflacja.

To jedno. Drugą kwestią jest fakt, że choć rosnąca wymiana handlowa z Chinami jest zjawiskiem pozytywnym, o tyle jej kształt nie odbija się dobrze na rodzimej gospodarce. Powód jest prosty - ogromną większość eksportu brazylijskiego na Daleki Wschód stanowią surowce i towary nieprzetworzone. Za aż 84% całości eksportu odpowiedzialne są jedynie 2 towary: ruda żelaza oraz soja. Jednocześnie 90% całości importu z Chin to towary przetworzone (np. elektronika). Taki bilans handlowy nie tylko sprawia, że rodzime firmy bankrutują (wobec zalewu tanich chińskich produktów), ale cała gospodarka zbyt mocno opiera się na eksporcie surowców i towarów niskoprzetworzonych.

Real-ne kłopoty

Prawdziwe problemy zaczęły się jednak wraz ze sztucznie napędzaną aprecjacją waluty brazylijskiej - reala. Od czasu kryzysu Brazylia oraz inne kraje rozwijające się jako stosunkowo słabo doświadczone kryzysem stały się celem inwestorów zagranicznych. Pieniądze zaczęły masowo napływać do kraju plaż, karnawału i piłki nożnej, doprowadzając do wzrostu inflacji. Rząd próbował z nią walczyć trzykrotnie podwyższając stopy procentowe w 2011 r., lecz przyciągnęło to kolejne napływy kapitału czyniąc całą operację całkowicie bezskuteczną.

Wówczas władze brazylijskie zdecydowały się na nieortodoksyjne podejście i obniżyły stopy procentowe zakładając, że i tak wysoka już inflacja bardziej nie urośnie. Udało się (także dzięki ograniczeniu napływu chińskich produktów). Real zaczął wytracać wartość. Zmiana odbiła się w brazylijskich mediach szerokim echem. Nagle przedstawiciele klasy średniej, którzy dzięki wysokiej wartości reala poczuli się bogaci (na tyle, że stali się najwięcej wydającą w USA narodowością poza Japończykami i Brytyjczykami), stracili to przekonanie i nie omieszkali wyrazić swej niechęcie wobec tej zmiany.

Niepewna przyszłość

Dotychczasowe działania władz brazylijskich okazały się w dużej mierze skuteczne. Problemy jednak dalekie są od rozwiązania. Poza ciągle chwiejną sytuacją reala obawy o kondycję brazylijskiej gospodarki budzą zaplanowane na najbliższe lata ogromne wydatki.

Wzrost pensji minimalnej o 14,7% w przyszłym roku będzie państwo kosztować 13 miliardów USD, nowe dotacje rządowe na mieszkania dla najbiedniejszych - 6 miliardów USD, inwestycje infrastrukturalne oraz w obiekty sportowe (w związku z Mistrzostwami Świata w piłce nożnej w 2014 r. oraz Igrzyskami Olimpijskimi w 2016 r.) - kolejne 4,5 miliardów USD. W ten sposób szeroki program cięć budżetowych, jaki wprowadziła Dilma Rouseff (w wysokości 28 miliardów USD) w większości pójdzie na pokrycie nowych wydatków. Specjaliści obawiają się, że ów wzrost wydatków przy obniżonym oprocentowaniu może doprowadzić do cyklu inflacyjnego.

W 2011 r. gospodarka brazylijska rosła w tempie 3,5% - czyli o połowę mniej niż w roku poprzednim. Boom konsumpcyjny wytraca pęd, sprzedaż w wielu branżach maleje. Przyszły rok (i kolejne) wcale nie będą dla Brazylii takie łatwe jak ostatnie. Ani dla jej prezydenta.

Zastąpić Lulę

Kiedy w 2006 r. Luiz Inácio Lula da Silva został wybrany na swą drugą kadencję, brazylijska gospodarka rozkwitała, wskaźniki dobrobytu społecznego polepszały się, a kraj stawał się jednym z liderów na globalnej scenie geopolitycznej. Kiedy w styczniu 2011 r. da Silva odchodził ze stanowiska był uwielbiany przez ubogich (za to, że wprowadził reformy i poszerzył wsparcie socjalne) i szanowany przez tych bogatszych (za to, że reformy nie były zbyt radykalne). W efekcie jego poparcie pod koniec drugiej kadencji osiągnęło rekordowy poziom 80%.

Zastąpić Lulę nie mogło być zadaniem łatwym, dla nikogo. Tym bardziej dla mało znanej wcześniej Dilmy Rouseff, oskarżanej o brak kwalifikacji i pozostawanie marionetką ustępującego prezydenta. Rouseff przejęła stery kraju w momencie kiedy gospodarka Brazylii dawała pierwsze znaki przegrzewania się. Póki co całkiem dobrze daje sobie z tym radę, problemy ekonomiczne jednak to tylko część wyzwań nowej głowy państwa. Momentami niełatwo jest jej utrzymać jedność rządzącej koalicji - z rządu Rouseff odeszło już 5 ministrów. Do tego dochodzą problemy z narkotykami i bezpieczeństwem, modernizacją armii, skandale korupcyjne czy kwestia relacji zagranicznych i budowania wpływów na arenie międzynarodowej. W efekcie, mimo kilku sukcesów, systematycznego wzrostu dobrobytu, zmniejszania negatywnych wskaźników społeczno-gospodarczych i utrzymywania Brazylii ciągle ponad falą kryzysu nada daleko jej do chociaż zbliżonego poparcia, jakim cieszył się Lula.

Artykuł opublikowany na serwisie mojeopinie.pl.

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Technorati
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker

Tags: , , ,

amerykalacinska on Styczeń 13th, 2012

Temat relacji Iranu i krajów Ameryki Łacińskiej na tym blogu przewijał się co najmniej kilkukrotnie. W tym wizyt prezydenta Iranu Ahmadineżada w regionie. “Góra, która opiera się imperializmowi” ponownie przybył(a) do zachodniej hemisfery.

To już piąta taka podróż Ahmadineżada od kiedy został prezydentem Iranu. Według planów spędzić ma tam 5 dni odwiedzając Wenezuelę, Nikaraguę, Kubę i Ekwador. Krótko i w punktach o tej wizycie:

  • odbywa się w dość gorącym okresie spowodowanym groźbami Teheranu odnośnie blokady cieśniny Ormuz,
  • pierwszym krajem odwiedzonym przez prezydenta Iranu była oczywiście bratnia Wenezuela,
  • Ahmadineżad nie omieszkał również uczestniczyć w ceremonii inauguracji na kolejną (już 3.) kadencję swego innego bliskiego kolegi - Ortegi,
  • co ciekawe nie odwiedzi natomiast Brazylii, z którą przecież łączą Iran b. bliskie stosunki gospodarcze; wszystko wskazuje na to, że wynika to z dystansu z jakim Dilma Rouseff traktuje ostatnio Teheran,
  • ogólnie nie spodziewam się wiele po tej wizycie; padnie dużo wielkich słów o braterstwie, wspólnej walce z imperializmem, zacieśnianiu relacji; podpisane zostaną dziesiątki nowych umów opiewających na gigantyczne kwoty lub kwota i … nic wymiernego z tego nie wyniknie; jedynym celem tej podróży jest próba pokazania światu i swoim społeczeństwom (tak w Iranie, jak i w Wenezueli, Nikaragui etc.), że ukochany przywódca nie jest sam, że ich kraje mają wielu przyjaciół i perspektywy na rozwój - poza “imperialistyczną” rzeczywistością; aha - a w USA media będą trąbiły o tym, jak to Iran tworzy sobie w Ameryce Łacińskiej bazę wypadową do ataku na ich ukochaną ojczyznę.

Na koniec pytanie: kto nazwał Ahmadineżada “Górą, która opiera się imperializmowi” ? Macie 1 strzał :)

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Technorati
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker

Tags: , , , , ,

amerykalacinska on Grudzień 27th, 2011

Zapraszam na kolejną odsłonę cyklu o relacjach amerykańsko-kubańskich (całość w zakładce Kuba-USA):

Rozdział 15.

Przemiany gospodarcze na Kubie w pierwszych trzech dekadach XX w.

Po 1902 r. młoda, wyniszczona wojną republika potrzebowała kapitału. Podobnie, jak po 1878 r., tyle, że na zdecydowanie większą skalę, dostarczyły go wielkie banki i przedsiębiorstwa północnoamerykańskie. Najwięcej inwestowano w dwa główne bogactwa Kuby: cukier i tytoń. Dzięki temu powstawały liczne nowoczesne kompleksy cukrownicze i przetwórnie tytoniu. Amerykanie inwestowali też w inne sektory: spożywczy, surowcowy i górniczo-hutniczy (w 1899 r. na rynku kubańskim pojawiła się United Fruit Company, największe amerykańskie przedsiębiorstwo w regionie).

Podpisanie w 1902 r. Traktatu o Wzajemności przyspieszyło napływ kapitału z północy na wyspę i związany z tym postęp. Gro inwestycji przeznaczone było wyłącznie do sektora cukrowniczego, doprowadzając praktycznie do rozwoju gospodarki monokulturowej na wyspie. Poza tym, skutkowało to wzrostem znaczenia dużych przedsiębiorstw, kosztem tych małych, znaczną koncentracją ziemi i powstaniem olbrzymich latyfundiów. Nie będąc w stanie konkurować z wielkimi firmami, zwykli hodowcy „musieli bądź sprzedawać swe ziemie, bądź też uzależnić się ekonomicznie jak w przypadku tzw. colonos, którzy uprawiali trzcinę cukrową, lecz byli całkowicie zależni od właścicieli dużych cukrowni, od ich kredytu i środków transportu”.

Latyfundia koncentrowały w tym okresie ok. 30-40% gruntów uprawnych wyspy,          a ich właściciele mieli ogromny wpływ zarówno na życie lokalnej ludności jak i na władze w Hawanie. Amerykanie „(…)dawali Kubańskim fabrykom szansę na rozwój produkcji aż zaspokoiły one całe zapotrzebowanie rynku amerykańskiego na cukier. (…)Wierzyli jednak, iż pomagają Kubie, a nie ją rujnują, i większość Kubańczyków w owym czasie się z tym zgadzała”.

Obok inwestorów amerykańskich silną pozycję na Kubie mieli również przedstawiciele państw europejskich, przede wszystkim Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. W 1909 r. 34% procent produkcji cukru pochodziło z fabryk amerykańskich, 35% z hiszpańskich i innych europejskich, a 31% kubańskich.

Dodatkowy impuls dla rozwoju gospodarki kubańskiej dała I wojna światowa. Z powodu zniszczenia europejskich upraw cukru, źródłem zaopatrzenia weń stała się nim Kuba. Duże zapotrzebowanie na ten surowiec doprowadziło do znacznego powiększenia areału upraw trzciny cukrowej (kosztem ogromnych lasów tropikalnych) i ponad dwukrotnego wzrostu cen tego produktu: w 1914 r. cena cukru była na poziomie 1,93 centa za funt, w 1918 r. 4,6 centa.

Boom cukrowy przyniósł ogromne zyski nie tylko wielkim przedsiębiorcom amerykańskim, czy ojczystym, ale również kubańskim chłopom (tzw. colonos) uprawiającym trzcinę cukrową i odsprzedającym ją wielkim przetwórniom cukru. Taka pomyślna sytuacja utrzymywała się na Kubie do połowy lat 20-tych, z przerwą na tzw. „taniec milionów”, kiedy to w 1920 r. ceny cukru spadły z 17,25 centa za funt w czerwcu do zaledwie 3,75 centa w grudniu powodując przejściowy kryzys w sektorze cukrowniczym i bankowym na wyspie. Prawdziwe kłopoty zaczęły się pojawiać jednak dopiero od 1926 r.

Z jednej strony europejscy producenci cukru całkowicie już odrodzili się po kryzysie spowodowanym wojną, z drugiej zaś rynek amerykański uzyskał pełne nasycenie cukru oraz pojawiło się tam silne lobby hodowców buraka cukrowego. Symbolicznym końcem okresu prosperity cukru Kubańskiego było powstanie w 1926 r. w Santa María w prowincji Camagüey ostatniej nowej przetwórnia cukru. Ich liczba potem już tylko malała

Wywołany większą konkurencją na rynkach światowych spadek cen cukru, w ciągu kilku następnych lat próbowano rekompensować sobie zwiększeniem produkcji (ceny za funt cukru kształtowały się następująco: w 1924 roku - 3,82 centa, w 1926 - 2,22, w 1929 - 1,72, a w 1932 - 0,7). Wobec krachu na Wall Street w październiku 1929 r. zabiegi te spełzły jednak na niczym. „Wielki kryzys spowodował, iż wartość kubańskiego eksportu w 1932 roku stanowiła zaledwie 18% przeciętnej z lat 1919-1923″. Zysk ze sprzedaży cukru zanotowany w 1932 r. był najniższy od ponad 30 lat - spadł z 352 mln dolarów w 1924 r. do niecałych 42 mln w roku 1932. Spadła nie tylko produkcja cukru, ale i tytoniu, a szeregi bezrobotnych powiększały się wraz z każdym wymuszonym sytuacją na rynku zamknięciem fabryki. Było to jedną z przyczyn nadchodzącej rewolucji, gdyż, „jak długo prosperował i rozwijał się przemysł cukrowniczy napięcia społeczne nie przejawiały się zbyt ostro, chociaż wraz ze wzrostem bogactwa wyspy pogłębiała się przepaść między wyższymi i niższymi klasami. Kiedy jednak okres prosperity się zakończył, napięcia ta odezwały się ze zdwojoną siłą.

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Technorati
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
amerykalacinska on Grudzień 11th, 2011

Były dyktator Panamy, Manuel Noriega jest w drodze do Panamy, gdzie odpowie za zbrodnie popełnione tam za jego rządów. To kolejny przykład na to, że zbrodniarze, którzy przez lata pozostawali bezkarni odpowiedzą w końcu za swoje czyny. Brawo!

I nawet trąbią o tym w mediach.

Jedno tylko - jak zazwyczaj zresztą - denerwuje. Media mówią, że Noriega to dyktator oskarżany o zbrodnie, który został obalony w wyniku interwencji USA - ok. Ale jakoś nie wspominają, że wcześniej przez wiele lat terroryzował kraj dzięki wsparciu tychże USA…. Halo?! Wujek Sam, “wspaniały” Reagan dla nas, Polaków to “ci dobrzy”. Dla Ameryki Łacińskiej - już nie.

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Technorati
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker

Tags: , ,

amerykalacinska on Listopad 21st, 2011

Artykuł opublikowany na portalu mojeopinie.pl:

Koniec „ery Cano”. Co dalej z FARC?

„Alfonso Cano, przywódca FARC nie żyje” - taką wiadomość podały na początku listopada nagłówki wszystkich kolumbijskich gazet. Śmierć lidera partyzantów jest powszechnie odczytywana jako znaczące zwycięstwo władz w Bogocie, pozostaje jednak kwestią otwartą czy przysłuży się zakończeniu konfliktu w Kolumbii.

Plan Burbujas

Alfonso Cano przewodził kolumbijskim partyzantom od 2008 r. Nie bez sukcesów. Jego strata jest istotnym ciosem dla guerrilli, tym bardziej, że Cano nie był pierwszym z liderów FARC, jacy zginęli w ostatnich latach. W marcu 2008 r. wojsko kolumbijskie zlikwidowało Raula Reyesa, wówczas numer 2 w hierarchii FARC, a we wrześniu 2010 r. Mono Jojoya - przywódcę Bloku Wschodniego FARC i najzdolniejszego dowódcę partyzantów. Zlikwidowano również szereg dowódców poszczególnych jednostek guerrilli. Wszystko to było skutkiem wzmożonej aktywności władz w Bogocie i m.in. wdrożenia Planu Burbujas, którego zasadniczym celem jest wyeliminowanie przywódców partyzantów. Zgodnie z jego założeniami śmierć członków Sekretariatu FARC i głównodowodzących guerrilli ma doprowadzić do fragmentaryzacji i osłabienia organizacji, a w efekcie do jej całkowitego unicestwienia. Jak widać, póki co Plan Burbujas się sprawdza. Całości obrazu partyzantki pozbawionej przywódców dopełnia śmierć założyciela i ikony FARC, Manuela Marulandy w 2008 r.

Porażka Bloku Wschodniego

Co więcej, rząd odnosi sukcesy również w innych obszarach. We wrześniu ubiegłego roku władze kolumbijskie przeprowadziły operację Sodoma. Jej wynikiem była śmierć wspomnianego wcześniej Mono Jojoya i znaczne osłabienie Bloku Wschodniego FARC. Jojoy, choć oficjalnie tylko przywódca Bloku Wschodniego, był uznawany za duchowego i wojskowego lidera całej partyzantki. Z podległego sobie Bloku Wschodniego stworzył najbardziej rozwiniętą strukturę guerrilli, ze strefą wpływów w departamentach Meta, Casanare, Arauca, Guaviare, Vaupes, Vichada, Cundinamarca i Boyaca. W szczytowym momencie liczyła ona nawet 8 000 członków. Wraz ze śmiercią Mono Jojoya skończyła się pewna era w historii FARC, era zapoczątkowana jeszcze w 1995 r. i oparta na stworzeniu potężnych oddziałów partyzanckich mogących stoczyć z wojskiem regularne bitwy - czyli strategia znana jako „nowa forma działania”.

Armia się zmieniła….

Porażka Bloku Wschodniego (jak i ogólnie „nowej formy działania”) była wynikiem trzech głównych czynników: zasadniczych zmian w kolumbijskim wojsku, niedostosowania się do nich FARC oraz znaczenia, jakie blok ów nabrał w ostatnich latach. Przez osiem ostatnich lat to na Bloku Wschodnim skupiała się większość akcji rządowych spod znaku Planu Patriota, Planu Kolumbia czy Planu Consolidación. W ich wyniku Blok Wschodni utracił znaczne połacie zajmowanego wcześniej terytorium: Cundinamarca, część Boyaca oraz Norte del Meta. W 2002 r. siedem podgrup Bloku Wschodniego otaczało Bogotę, obecnie nie istnieje już żadna z nich.

Działania armii mogły być tak skuteczne dzięki przeprowadzonej w poprzednich latach restrukturyzacji i modernizacji. Po pierwsze, przeprowadzono profesjonalizację armii. O ile w 2002 r. Kolumbia posiadała 22 000 zawodowych żołnierzy, o tyle obecnie liczba ta jest 4 razy. Po drugie, zwiększono znacznie stan osobowy wojska oraz policji: z w sumie 313 500 w 2002 r. do 453 000 obecnie. Po trzecie, armia kolumbijska jest hegemonem w strefie powietrznej. Dzięki przeprowadzonym zakupom samolotów i helikopterów umocniła swą przewagę na tym teatrze działań i jest w stanie przeprowadzać szybkie ataki z zaskoczenia nawet w oddalonych obszarach dżungli. Po czwarte wreszcie, zmodernizowano i stworzono wyróżnione, wyspecjalizowane jednostki naziemne, wyszkolone do walki partyzanckiej, mobilne i dobrze wyposażone.

…a Blok Wschodni - nie

W odpowiedzi na zmiany w armii i jej szereg zwycięstw FARC pod zarządem Alfonso Cano od 2009 r. wprowadza w życie tzw. „Plan 2010″. Taktyka ta oparta na trzech filarach „zrekonstruować, zrekomoponować, wzmocnić” zakłada m.in. powrót do klasycznej wojny partyzanckiej; stworzenie niewielkich, mobilnych, taktycznych jednostek, które trudniej namierzyć i zlikwidować; większe zaangażowanie w budowę środków wybuchowych i pól minowych; wzmocnienie wpływów w miastach oraz budowę struktur politycznych.

Założenia te wdrożyły inne struktury FARC, ale nie Blok Wschodni. W ten sposób, pozostając w wielkich skupiskach pokrywających duże obszary Blok Wschodni był bardziej podatny na działania sił rządowych. W efekcie, wojsko mogło skuteczniej realizować Plan Burbujas i likwidować znaczną liczbę liderów średniego i wysokiego szczebla. W ten sposób dokonał się proces fragmentaryzacji Bloku Wschodniego i utraty jedności, co doprowadziło do jego strategicznego osłabienia.

Garść statystyk

Podsumowując wszystko powyższe, mogłoby się wydawać, że koniec FARC jest już bliski. Jeśli jednak przyjrzeć się liczbom, można dojść do wręcz przeciwnych wniosków.

Porównanie liczby akcji przeprowadzonych przez FARC w ostatnich kilkunastu latach, od 2007 r. pozwala zaobserwować systematyczny wzrost aktywności guerrilli. Co więcej, rok 2010 był świadkiem największej od 2002 r. liczby akcji FARC. Po drugie, nastąpił wzrost akcji zaczepnych, nękających służby bezpieczeństwa i przedstawicieli władz. Po trzecie, pojawiło stosowanie na niespotykaną wcześniej skalę min i środków wybuchowych - bardzo skuteczne w zadawaniu strat przedstawicielom sił bezpieczeństwa. Po czwarte, wzmożona aktywność guerrilli przełożyła się również na większe straty wśród wojska i policji kolumbijskiej. Co istotne, większość ofiar nie zginęła w wyniku akcji ofensywnych sił rządowych (jak miało to miejsce w latach 2004-2007), ale przeciwnie - w wyniku akcji ofensywnych FARC. Całości obrazu dopełniają jeszcze statystyki strat wśród partyzantów, których liczba wcale nie wzrasta tak, jak można być się spodziewać (a przypadków demobilizacji - opuszczenia szeregów FARC - jest nawet mniej).

Oczywiście ogólna liczba partyzantów w porównaniu choćby z początkiem dekady jest o ok. połowę mniejsza. Wcale nie musi to jednak oznaczać osłabienia partyzantki. W okresie rządów Pastrany (1998-2002) guerrilla zainicjowała sztuczny proces pozyskiwania nowych członków, który zbytnio rozdmuchał jej szeregi. Obecnie zasoby ludzkie organizacji wróciły do swych normalnych rozmiarów i skupiły się na pozyskiwaniu rekrutów ze swych tradycyjnych obszarów wpływów.

Kwestia adaptacji

Co z tego wynika? Wniosek zasadniczy jest taki, że do całkowitego zakończenia konfliktu w Kolumbii droga jeszcze daleka. FARC zawsze  potrafił skutecznie dostosować się do zmieniających się warunków. Tak było też ostatnio, pod władzą Alfonso Cano. Mimo licznych ciosów zadawanych przez wojsko, guerrilla jest ciągle w kondycji pozwalającej na większą aktywność i zadawanie większych strat niż w latach poprzednich. Partyzanci poradzili sobie nie tylko z eliminacją dotychczasowych liderów, ale także ze strategicznym osłabieniem głównej do niedawna struktury - Bloku Wschodniego. Od 2010 r. ciężar działań przejęły struktury zachodnie i centralne FARC:  CCO (Comando Conjunto de Occidente) - Zjednoczone Dowództwo Zachodu oraz CCC (Comando Conjunto Central) - Zjednoczone Dowództwo Centralne. To one są odpowiedzialne za 90% wszystkich obecnych akcji partyzantów.

Drugi wniosek jest taki, iż pojawia pewien wzór konfliktu w Kolumbii. Jak zauważają specjaliści z Corporación Nuevo Arco Iris, kolumbijskiej organizacji pozarządowej od lat zajmującej się badaniem tamtejszego konfliktu, sytuacja zmienia się na zasadzie cyklów. Kiedy jedna ze stron zmieni taktykę działań, drugiej zajmuje kilka lat dostosowanie się do niej. W międzyczasie, inicjator zmian ma przewagę i spycha drugą stronę do defensywy. I tak, kiedy w 1995 r. FARC wprowadził „nową formę działania”, siły państwowe potrzebowały aż 4 lat, aby dostosować się do nowej rzeczywistości. Analogicznie, wdrożono restrukturyzację i modernizację sił zbrojnych, aby skuteczniej dostosować je do walki z partyzantami, FARC dopiero w 2008 r. zdołał zaadaptować się do tych zmian. Od 2009 r. guerrilla ma nową i bardzo skuteczną w statystykach strategię. Wydawało się, że FARC już dostosował się do nowej sytuacji. Śmierć naczelnego przywódcy, a zarazem twórcy nowej strategii, Alfonso Cano wzbudza jednak wobec tego zrozumiałą wątpliwość.

Cano nie żyje. Co dalej?

I tu wracamy do początku: Alfonso Cano nie żyje. Co teraz? Wbrew pozorom skutki jego śmierci mogą mieć negatywny wpływ na rozwój sytuacji w Kolumbii, a to z dwóch powodów: fragmentaryzacji i radykalizacji FARC. Cano był tym liderem FARC, który wykazywał chęć do negocjacji - na swoich warunkach, ale zawsze. Po jego zniknięciu, wśród partyzantów może zabraknąć sił skłonnych do rozmów z władzami w Bogocie. Wówczas guerrillę zdominuje postawa konfrontacyjna. Ponadto, może się okazać, że nie ma już lidera, który cieszyłby się takim szacunkiem, aby skutecznie zarządzać całą partyzantką. Jeśli się to potwierdzi, FARC skazany będzie na fragmentaryzację, a w jej wyniku - utratę ideologii i całkowite pogrążenie w narkobiznesie. Jest szansa, że ułatwi to ostateczną likwidację partyzantki. Jeśli w ogóle możliwe, zajmie to jednak przynajmniej kilka lat. Będzie to kilka lat ciągłej, krwawej walki poszczególnych struktur partyzanckich, zaszytych w dżungli czy w górach i walczących o przetrwanie, a więc jeszcze bardziej bezwzględnych. Kto na tym ucierpi najbardziej? Jak zwykle - ludność cywilna.

Rozwiązanie konfliktu w Kolumbii na drodze wojskowej jest po pierwsze niepewne, a po drugie wiąże się z dużymi stratami i przeciąganiem konfliktu. Drugą opcją są negocjacje, demobilizacja FARC i włączenie partyzantów w krwioobieg społeczeństwa. To rozwiązanie wróży zdecydowanie lepszą przyszłość Kolumbii. Niestety, śmierć Alfonso Cano może przyczynić się do zniszczenia takiego scenariusza. Pozostaje nadzieja, że tak się nie stanie.

Artykuł opublikowany na portalu mojeopinie.pl.

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Technorati
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker

Tags: , , , , ,

amerykalacinska on Listopad 7th, 2011

Oj działo się w ostatni weekend w regionie, działo. Po pierwsze, z Kolumbii napłynęła całkowicie zaskakująca informacja o zlikwidowaniu przez armię przywódcy FARC, Alfonso Cano:

Ale o tym więcej wkrótce. Po drugie zaś i trzecie - miały miejsce wybory w dwóch krajach środkowoamerykańskich: Gwatemali i Nikaragui - i o tym pokrótce teraz.

Gwatemala - zwycięstwo Otto Pereza Moliny

W niedzielnych wyborach prezydenckich w Gwatemali wygrał Otto Perez Molina, przedstawiciel Partido Patriota (wstępne wyniki mówią o 54% głosów). Wzbudza to dużo emocji ze względu na przeszłość prezydenta-elekta. Molina to bowiem były wojskowy, który brał czynny udział w krwawej wojnie domowej w Gwatemali (1960-1996) i jest oskarżany przez niektóre lokalne organizacje pozarządowe, społeczności indiańskie (oraz politycznych przeciwników) o zbrodnie przeciwko ludzkości popełnione m.in. na zdziesiątkowanych potomkach Majów.

Co oznacza wybór Moliny? Wniosek, jaki się nasuwa to ten, że Gwatemalczycy CHCĄ RZĄDÓW TWARDEJ RĘKI - a przynajmniej ich większość. Wybór byłego wojskowego, znanego z ostrej walki z przeciwnikiem wydaje się na to wskazywać. A jest to pokłosie ciężkiej sytuacji w kraju, gdzie miejscami rządzą kartele narkotykowe i gangi, połowa społeczeństwa żyje w ubóstwie, korupcja jest na porządku dziennych, a gospodarka jest w słabej kondycji. Sytuacja przypomina nieco tą w Meksyku - gdzie wybrano prezydenta, który obiecał bezkompromisową walkę z przestępczością zorganizowaną.

Oprócz przestępczości jednak Perez Molina będzie musiał stawić czoło innym ważnym kwestiom, jak choćby właśnie rolnictwu, czy szerzej - gospodarce, reformie systemu podatkowego etc. Czy temu podoła? O tym będziemy mogli się przekonać od stycznia przyszłego roku, kiedy obejmie stanowisko.

Więcej o wygranej Pereza Moliny i wyzwaniach przed nim stojących m.in. na blogu Boza i Mike’a.

Nikaragua - kolejna reelekcja Ortegi

Wstępne wyniki wyborów prezydenckich w Nikaragui mówią o pewnym zwycięstwie dotychczasowego prezydenta, Daniela Ortegi (ponad 66%). Jest to zwycięstwo kontrowersyjne z kilku względów:

  • Po pierwsze, sam fakt, że Ortega mógł po raz trzeci wziąć udział wywołuje niesmak. A to z tego powodu, że do niedawna konstytucja Nikaragui tego zabraniała (zezwalała tylko na 1 reelekcję). Ortega tymczasem - mimo sprzeciwu parlamentu, organizacji pozarządowych (i jak wskazywały sondaże większości społeczeństwa) - przy pomocy Sądu Najwyższego, gdzie większość  stanowią jego poplecznicy po prostu zmienił ustawę zasadniczą.
  • Po drugie zaś, jak wskazują niezależni obserwatorzy, podczas wyborów doszło do wielu nieprawidłowości.

Sondaże przedwyborcze wskazywały co prawda na przewagę Ortegi, ale nie aż taką (lider opozycji uzyskał ponoć zaledwie 20% głosów). No cóż, jego zwycięstwa już nic raczej nie zmieni. Pytanie pozostaje teraz, jak wykorzysta kolejną szansę na zmianę sytuacji swoich rodaków? A jest co zmieniać.

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Technorati
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker

Tags: , , , , , , ,

amerykalacinska on Listopad 2nd, 2011

Cóż to za urządzenie na poniższym obrazku?

Tak, to katapulta używana przez meksykańskie kartele do przerzucania narkotyków (z tego, co wiem to właściwie wyłącznie marihuany) przez granicę meksykańsko-amerykańską. Już drugi raz w tym roku władze meksykańskie przejęły tego rodzaju urządzenia (w liczbie sztuk - 2 ). Wcześniej, w styczniu 2011 r. poprzez system monitoringu przyłapano przestępców na gorącym uczynku. Nagrano wówczas niniejszy filmik, który pokazuje moment przerzucania ładunku za pomocą katapulty (choć jakość nagrania pozostawia pole do wyobraźni):

Jak widać, handlarzom narkotyków nie brakuje pomysłowości.

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Technorati
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker

Tags: , , , , , ,

amerykalacinska on Październik 29th, 2011

Zapraszam na kolejną odsłonę cyklu o relacjach amerykańsko-kubańskich (całość w zakładce Kuba-USA):

Rozdział 14.

Polityka amerykańska względem krajów latynoamerykańskich do lat 30. XX w.: interwencje wojskowe i polityka dolarowa.

Mimo, iż występki prezydentów, członków parlamentu i innych urzędników państwowych na Kubie nie były tajemnicą, uchodziły im z reguły na sucho. Było to spowodowane ogólnym wzrostem gospodarczym na wyspie w tamtym okresie. Fale niezadowolenia w społeczeństwie stopniowo jednak rosły i od połowy lat 20-tych XX wieku dawały o sobie znać, by na początku lat trzydziestych wybuchnąć doprowadzając do rewolucji.

Początek lat 30-tych XX wieku był przełomowy także pod innym względem. Do roku 1933 polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych wobec państw regionu pozostawała praktycznie niezmieniona od czasów prezydenta Theodore’a Roosevelta. Z jednej strony było to wyrażone w uzupełnieniu doktryny Monroe z 1904 r. przejęcie odpowiedzialności za ład na półkuli zachodniej, aby tym samym uniemożliwić interwencję mocarstwom europejskim. Wiązało się to z licznymi akcjami wojsk amerykańskich, które w celu przywrócenia pokoju, porządku, ochrony własnych obywateli i ich mienia były wysyłane, często na długi okres, do sąsiadów z południa. Najdłużej stacjonowały w Nikaragui: 1912-1925 oraz 1927-1933, Dominikanie: 1916-1925 oraz na Haiti: 1915-1934.

Z drugiej strony kontynuowano ekspansję kapitału i przedsiębiorstw amerykańskich na rynki latynoamerykańskie. Polityka ta została rozwinięta i rozszerzona przez William H. Tafta, który w 1909 r. przejął po T. Roosevelcie fotel w Białym Domu. Ogłosił on tzw. „politykę dolarową”, czyli wzrost inwestycji i wymiany handlowej, jako najlepszej drogi do zapewnienia długotrwałego pokoju na zachodniej półkuli, a przy okazji pokaźnego zysku dla firm amerykańskich i zdobycia faktycznych wpływów politycznych. Mimo jednak proklamowanego przez Tafta „zastąpienia kul przez dolary” oraz idealizmu i wiary w demokrację jego następcy, Woodrowa Wilsona (1913-1921) to właśnie za czasów ich kadencji zwiększyła się liczba amerykańskich interwencji zbrojnych. Zmianę tej polityki przyniosła częściowo dopiero prezydentura Herberta C. Hoovera (1929-1933), a przede wszystkim wieloletnie rządy Franklina Delano Roosevelta (1933-1945).

Zarówno u podłoża wydarzeń politycznych na Kubie w omawianym okresie, jak i polityki amerykańskiej w stosunku do niej leżały wzajemne stosunki gospodarcze. Sięgały one jeszcze drugiej połowy XIX wieku, kiedy to rozpoczął się napływ kapitału amerykańskiego skierowany przede wszystkim na rozwój dwóch podstawowych gałęzi gospodarki kubańskiej, przemysłu cukrowniczego i tytoniowego. Wzajemne powiązania gospodarcze systematycznie się zacieśniały i odegrały pewną rolę w decyzji Waszyngtonu o wsparciu kubańskich rewolucjonistów w 1898 r. Szczególnego impetu i znaczenia nabrały jednak w pierwszych dekadach XX stulecia.

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Technorati
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker

Tags: , , , , ,

amerykalacinska on Październik 27th, 2011

A więc jednak - coś naprawdę dzieje się w kwestii ukarania winnych zbrodni z okresu dyktatur i junt wojskowych w AŁ. Jakiś czas temu skazano głównego lider junty argentyńskiej, Jorge Videlę. Teraz natomiast na dożywocie skazano kilkunastu głównych reżyserów dramatu, jaki rozgrywał się w okrytym złą sławą wojskowym ośrodku ESMA.

Escuela Superior de Mecánica de la Armada (ESMA) jest jednym z najbardziej żywych i bolesnych symboli terroru w Argentynie. Ośrodek ten był miejscem osadzenia setek niewinnie zatrzymanych osób, które były torturowane i często mordowane. To stamtąd m.in. przeprowadzano słynne “loty śmierci”, w czasie których osoby porwane - lub ich ciała - z helikopterów zrzucano do morza. Tam tych niewygodnych dowodów pozbywało się za zbrodniarzy samo morze lub żerujące w nim rekiny.

Na szczęście rodziny ofiar w końcu doczekały się ukarania winnych zbrodni na nich bliskich.

Na to, że coś się ruszyło w sprawie zbrodni tego okresu w całym regionie wskazuje również fakt, iż kiedy wydawało się, że w Urugwaju zbrodniarze nie staną przed sądem z powodu przedawnienia czynu - parlament zmienił kwalifikację tych zbrodni na zbrodnie przeciw ludzkości, które nie ulegają przedawnieniu.

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Technorati
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker

Tags: , , , , , ,

amerykalacinska on Październik 24th, 2011

Cristina Kirchner odniosła zwycięstwo w niedzielnych wyborach prezydenckich i - tym samym - będzie sprawować urząd prezydenta Argentyny po raz drugi. Zdobyła 54% procent głosów wyprzedzając kolejnego kandydata o 37 punktów procentowych:

Co istotne, jej partia zdobyła także większość w senacie (a wraz ze sprzymierzonymi ugrupowaniami będzie posiadać również większość w sejmie), wygrała w niemal we wszystkich prowincjach i dziewięciu wyścigach gubernatorskich. Czemu Argentyńczycy tak zdecydowanie wsparli ruch pani prezydent? Powodów jest wiele: stosunkowo dobry stan gospodarki kraju (wynikający po części z globalnej koniunktury, ale kto by tam patrzył na detale…), podzielona opozycja, silne i dobrze rozwinięte struktury partyjne czy samej postaci Cristiny Kirchner - lubianej przez dużą część społeczeństwa.

Co oznacza ta wygrana? Jednym słowem to, że wkrótce kirchnerismo będzie na dobre rządziło Argentyną. Przedstawiciele tego ruchu będą mieli czas i możliwości, aby udowodnić, iż to ich wizja Argentyny jest tą słuszną.

Więcej o wyborach w Argentynie pisze Boz - polecam.

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • Gwar
  • LinkedIn
  • Technorati
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker

Tags: , , ,