I po szczycie…

Dużo było słychać o niedawnym Szczycie Ameryk w Trynidad i Tobago. Od Obamy oczekiwano tam kroków zmierzających ku poprawie stosunków z krajami Ameryki Łacińskiej. I faktycznie, były uśmiechy, uściski, wymiany grzeczności, gromkie brawa dla Obamy. Szczyt zdominowała kwestia stosunków Waszyngtonu z Hawaną. I tutaj, państwa latynoamerykańskie stanęły razem próbując wywrzeć presję na prezydencie amerykańskim, aby ten doprowadził do normalizacji stosunków z Kubą, na pierwszym miejscu stawiając oczywiście zniesienie embarga.

Obama nie ugiął się presji i jako warunek wstępny rozmów o zniesieniu blokady gospodarczej wyspy wysunął kwestię demokratyzacji na wyspie. Bardzo słusznie uczepił się tego, co (niebacznie?) ofiarował mu kilka dni wcześniej Raul Castro, mówiąc o gotowości rozmów z Białym Domem o wszystkim: o prawach człowieka, zwolnieniu więźniów politycznych etc. Obama oczekuje pozytywnych ruchów ze strony Hawany w tym zakresie, m.in. zniesienia 10% podatku na Kubie na pieniądze przesyłane na wyspę, po tym jak sam zniósł limity na wysyłanie tychże przez obywateli amerykańskich krewnym na Kubie. Mimo faktu, iż w gruncie rzeczy nic nowego i przełomowego nie zadeklarował, szczyt okrzyknięto sukcesem. Czy słusznie?

Na jednej płaszczyźnie na pewno – na poziomie retoryki i podejścia do wzajemnych relacji. Tutaj szczyt faktycznie można uznać za sukces. Obama został przywitany z entuzjazmem, cieszył się popularnością, szczyt ogólnie minął w pozytywnej atmosferze. I Biały Dom i kraje na południe od Rio Grande chcą i potrzebują zmiany wzajemnych relacji. Wydaje się, że w końcu nadchodzi długo oczekiwane ocieplenie (Chaveza zapowiedział przywrócenie ambasadora w Waszyngtonie). Na razie jednak tylko w kwestii retoryki głównie, konkretnych działań widać mniej. Po dwóch kadencjach rządów Busha i deterioracji relacji z regionem taka właśnie zmiana języka, sposobu podejścia do wzajemnych stosunków, przywrócenie uścisków dłoni i uśmiechów jest niezbędne, aby przekuło się to na wymierne działania.

Trzeba jednak podkreślić, że mimo tego ocieplenia retoryki niewiele się zmieniło. Kraje latynoamerykańskie domagają się działań. Potwierdzeniem tego była zapowiedź bloku ALBA wstrzymania się od podpisania końcowej deklaracji szczytu. Aby uniknąć „zgrzytów” i sprawić wrażenie, iż spotkanie przywódców państw amerykańskich było jednym wielkim sukcesem, gospodarz szczytu, prezydent Trynidad i Tobago przyjął końcową deklarację w imieniu wszystkich uczestników.

Zauważyć należy ponadto, że jest kryzys, a na szczycie kwestii gospodarczych praktycznie nie podjęto – wbrew temu, czego oczekiwały kraje regionu. Szczególnie państwa karaibskie, często uzależnione od turystyki i eksportu jednego produktu (banany, kawa) silnie odczują regresję gospodarczą. Na szczycie nie uzgodniono żadnych konkretnych kroków mających pomóc słabym gospodarkom regionu. Zaprotestował przeciw temu tylko prezydent Ekwadoru Rafael Correa (co jest ciekawe zważywszy, że akurat Ekwador jak dotąd radzi sobie z kryzysem najlepiej ze wszystkich krajów regionu i ciągle przeżywa wzrost gospodarczy). Pod względem kwestii gospodarczych zatem, szczyt należy ocenić negatywnie.

Cieniem na ocieplonej retoryce i wymianie pozytywnych sygnałów z Waszyngtonu i Hawany kładą się ponadto wczorajsze wypowiedzi Fidela Castro. Starszy z braci Castro stwierdził, że Obama źle zinterpretował słowa Raula. Gotowość do rozmów o prawach człowieka oznacza tylko brak strachu przed podjęciem jakiegokolwiek tematu.  O zwolnieniu więźniów politycznych, ani o zniesieniu 10% podatku na pieniądze przesyłane na Kubę nie może być mowy. Czyżby nieporozumienia między braćmi Castro? Taka dwuznaczność Hawany nie wróży dobrze. Polityka wymiany jednego pozytywnego sygnału ze stronu Stanów Zjednoczonych i w odpowiedzi jednego ze strony Kuby, może ulec załamaniu.

1 comment on “I po szczycie…Add yours →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *