Honduras – zamach stanu (1)

Stało się coś, o czym wydawało się, że już więcej w Ameryce Łacińskiej nie usłyszymy – zamach stanu. Może inny, nie krwawy, ale ciągle przewrót wojskowy. Region słynął z tej formy zmiany władzy w wieku XX w., lecz po okresie demokratyzacji w latach 90. wydawało się, że to koniec i rzeczywistość to potwierdzała. Oprócz krótkiego i nieudanego zamachu stanu w Wenezueli w 2002 r. – kiedy próbowano obalić Hugo Chaveza – w Ameryce Łacińskiej nie było tak spektakularnych wydarzeń od dobrych kilkunastu lat. A tu niespodzianka. Ale po kolei, co, jak i dlaczego?

Manuel Zelaya został wybrany prezydentem Hondurasu w listopadzie 2005 r. na okres 2006-2009. Mimo, że wywodził się z kręgów konserwatywnych,  w połowie kadencji przeszedł na kurs bardziej lewicowy, zaprzyjaźnił się z  Hugo Chavezem i nawet włączył Honduras do ALBA. Decyzje te podzieliły kraj na jego zwolenników i przeciwników, przy czym szeregi tych drugich ostatnio się znacząco powiększyły. Stało się tak m.in. dlatego, że Zelaya zaczął dążyć do zmiany konstytucji i zapewnienia sobie możliwości reelekcji.

Legislatura w Hondurasie tworząc obowiązującą obecnie konstytucję miała w pamięci liczne zamachy stanu w kraju i całym regionie.  Stworzono więc ustawę zasadniczą wykluczającą możliwość reelekcji prezydenta kraju. Konstytucja ta jest dość restrykcyjna i w dużej mierze wyklucza możliwość jej modyfikacji, gdyż takie działanie może być poczytane jako sprzeczne z obowiązującym prawem.

Manuel Zelaya chciał to zmienić i spotkał się z krytyką ze strony przeciwników politycznych, wrogiego mu parlamentu i Sądu Najwyższego. W ostatnim tygodniu rozpętała się wręcz prawdziwa wojna na linii prezydent – parlament. Zelaya na 28 czerwca planował „niewiążące” referendum, w którym obywatele mieli wyrazić swą opinię odnośnie ewentualnych zmian w konstytucji. Sąd Najwyższy, prokurator generalny i rzecznik praw człowieka uznali ten ruch za nielegalny. We wtorek parlament przegłosował prawo zabraniające prezydentowi przeprowadzenia referendum, ale prezydent nie uznał tej decyzji i zamierzał referendum wprowadzić w życie. Wydał w tym celu odpowiednie rozporządzenia oficjalnie podległej mu armii, która miała  owo referendum przygotować. Wówczas jednak stojący na jej czele generał Romeo Vásquez stwierdził, że nie może wykonać rozkazu głowy państwa, gdyż parlament uznał te działania za nielegalne. Co zrobił Zelaya? Zdymisjonował generała (a minister obrony podał się do dymisji).

Mimo widocznego sprzeciwu w kraju, prezydent nie zamierzał zrezygnować z referendum. Nie zakładało ono nic wiążącego, ale jeśliby wygrał dałoby mu możliwość przystąpienia do faktycznej zmiany konstytucji i  – najprawdopodobniej – zagwarantowania sobie możliwości reelekcji.

Ale gdzie w tym wszystkim armia? Siły zbrojne zostały włączone w wojnę parlamentu z prezydentem i zmuszone do opowiedzenia się po którejś ze stron. Generał Vásquez już to zrobił, ale co z resztą? Reszta była do niedawna neutralna. Ciekawą scenę opisuje „boz„: parlament zabronił wydania zwolennikom prezydent materiałów niezbędnych do przeprowadzenia referendum, które znajdowały się w  jednej z baz wojskowych. Zelaya pojechał tam więc z kilkoma ciężarówkami swoich zwolenników, aby te materiały odebrać. Armia, która z jednej strony jest podporządkowana prezydentowi, a z drugiej została zobowiązana przez legislatywę do niewydawania materiałów prezydentowi – stała bezczynnie, nie ośmieliła się powstrzymać głowy Państwa – wówczas.

Dnia 28 czerwca postąpiła inaczej. Obiegła wówczas świat wiadomość o przewrocie w Hondurasie. W niedzielę rano, na godzinę przed planowanym rozpoczęciem referendum do siedziby prezydenta weszło wojsko, zabrało go w pidżamie do bazy wojskowej i wysłało samolotem do Kostaryki.

Na szczęście obyło się bez rozlewu krwi. Niemniej to nie koniec problemu, lecz jego początek:

  • Kongres (jak się nazywa Honduraski parlament) szybko mianował na p.o. prezydenta dotychczasowego przewodniczącego parlamentu, Roberto Michelettiego (z tej samej partii co Zelaya, lecz opozycyjnego wobec niego).
  • Sąd Najwyższy powiadomił chwilę później, że zlecił usunięcie prezydenta z urzędu – hmm, ciekawe.
  • Jeszcze później parlament przedstawił pismo, które ma być rezygnacją prezydenta z urzędu – jeszcze ciekawsze…
  • Zelaya nie uznał oczywiście zmian w kraju, zaapelował do instytucji m-wych o pomoc i ciągle uznaje się za prawowitego prezydenta Hondurasu (i stwierdził, że nic nie wie o rzekomej rezygnacji ze stanowiska).
  • OPA uznała wydarzenia w Hondurasie za zamach stanu i potępiła je domagając się powrotu Zelayi na konstytucyjnie należne mu stanowisko oraz deklarując, że „żaden rząd powstający w niekonstytucyjny sposób nie będzie uznany”.
  • Waszyngton nie użył słowa „zamach stanu”, ale zaapelował o powrót do porządku demokratycznego.

Póki co żaden kraj nie uznał nowych władz i środowisko międzynarodowe apeluje o przywrócenie do władzy obalonego prezydenta. Jak sytuacja się rozwinie? Czy był to zamach stanu czy może jednak nie do końca? Kto na tym zyska, kto straci? Kto popełnił błąd? Czy można było tak postąpić – nawet wobec prezydenta łamiącego prawo i konstytucję?

Postaram się to na bieżąco monitorować i komentować.


1 comment on “Honduras – zamach stanu (1)Add yours →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *