Wyborcza gorączka w Ameryce Łacińskiej. Cz. 2.

W miniony weekend miały miejsce wybory prezydenckie w Hondurasie i Urugwaju. A to dopiero prolog. Nadchodzące 12 miesięcy przyniosą gorączkę kampanii wyborczych w sześciu kolejnych krajach regionu, jeszcze w tym roku w Boliwii oraz Chile, a w przyszłym w Kostaryce, Kolumbii, Brazylii i Wenezueli. Kim są faworyci? Jak po wyborach będzie wyglądał krajobraz polityczny regionu?

Boliwia – będzie reelekcja Moralesa

Dnia 6 grudnia 2009 r. Boliwijczycy pójdą do urn, aby zdecydować, kto przez następne pięć lat będzie ich prezydentem. Wybrany w grudniu 2005 r. Evo Morales, przedstawiciel partii MAS (Movimiento al Socialismo) jest pierwszym prezydentem w historii kraju (i całej Ameryki Łacińskiej) wywodzącym się z jednego z indiańskich plemion. Jeśli chodzi o politykę wewnętrzną, motywem przewodnim i wyznacznikiem jego rządów była zmiana konstytucji Boliwii. Nową ustawę zasadniczą ratyfikowano w styczniu 2009 r. Zawiera ona m.in. cały rozdział poświęcony 36 boliwijskim plemionom, zapisy mówiące o nacjonalizacji gospodarki, ograniczeniu wielkich włości ziemskich, redystrybucji dochodów z gazu (głównego bogactwa kraju) ze wschodnich terenów do obszarów biedniejszych. Gwarantuje również możliwość ubiegania się urzędującego prezydenta o jeszcze jedną kadencję (i tak samo jak w Polsce, tylko jedną – wbrew szablonowemu wrzucaniu przez media Boliwii do tego samego worka, co Wenezueli, gdzie obecnie faktycznie nie ma ograniczeń reelekcji).

Sondaże z ostatnich miesięcy dają Moralesowi 47% poparcie, podczas gdy jego największemu konkurentowi, Manfredowi Reyesowi Villi z NFR (Nueva Fuerza Republicana) zaledwie 16%. Co ciekawe, aż ¼ ankietowanych była niezdecydowanych. Niemniej, wątpliwe jest, aby cokolwiek mogło zagrozić reelekcji Moralesa. Zmiana konstytucji i reformy w kraju zapewniły mu poparcie większości biedniejszej części Boliwijczyków, a jego sojusz z Hugo Chavezem i antyamerykańska retoryka wewnątrz kraju nie są tak źle postrzegane, jak przez zachodnie media.

Chile – koniec ery lewicowych prezydentów?

Od upadku dyktatury Augusto Pinocheta w 1990 r. Chile rządzone było przez centrolewicową koalicję Concertación. Obecnie sondażom lideruje jednak przedstawiciel centroprawicowej opozycji, Sebastian Pinera. Z 41% poparciem ma on znaczną przewagę nad przedstawicielem Concertación, Eduardo Frei’em. Co więcej, Frei ma jeszcze jednego bardzo groźnego konkurenta w postaci niezależnego kandydata, byłego producenta filmowego Marco Enriqueza-Ominami. Enriquez-Ominami do niedawna był również członkiem rządzącej Concertación, lecz w czerwcu tego roku wycofał się z partii (gdyż nie pozwolono mu walczyć z Frei’em o nominację na urząd prezydenta z ramienia tego ugrupowania) i systematycznie polepsza swą pozycję w sondażach. Ostatnie z nich wskazują, że o ile w pierwszej turze najwięcej głosów uzyska Pinera, o tyle Frei i Enriquez-Ominami mogą liczyć na mniej więcej równe, ok. 20% poparcie. Mało prawdopodobne jest, aby Pinera zdobył 50% głosów, które pozwoliłoby mu na zwycięstwo w pierwszej turze. Pytanie z kim zmierzy się w drugiej?

Mimo że Chile pod względem gospodarczym było przez Concertación rządzone wyjątkowo sprawnie i obecna prezydent, Michelle Bachelet cieszy się ogromnym, ponad 70% poparciem, Frei nie zyskał uznania w oczach wyborców. Enriquez-Ominami natomiast utożsamiany jest ze świeżością w skostniałym systemie politycznym kraju i nazywany bywa (przez swoich zwolenników) „chilijskim Obamą”. Sondaże wskazują, że w drugiej turze to Enriquez-Ominami miałby większe szanse z Sebastianem Pinerą. Aby go pokonać jednak musiałby uzyskać znacznie więcej głosów niż na to wskazują badania. Wydaje się więc, że po dwóch dekadach stery kraju przejmie przedstawiciel prawicy. Warto jednak podkreślić rzecz najważniejszą – skostniały system polityczny Chile w końcu się zmienia i zyskuje na świeżości.

Kostaryka – po raz pierwszy kobieta prezydentem?

W lutym 2010 r. wyboru prezydenta dokonają Kostarykańczycy. Sondażom z 43% poparciem przewodzi przedstawicielka rządzącej PLN (Partido Liberación Nacional), Laura Chinchilla, była wiceprezydent obecnego szefa rządu i głowy państwa, Oscara Ariasa. Drugi w sondażach jest Ottón Solís, założyciel opozycyjnej PAC (Partido de Acción Ciudadana), który w 2006 r. bardzo niewielką różnicą głosów przegrał z Ariasem. Obecnie jednak wiedzie się mu znacznie słabiej, głos na niego oddałoby bowiem zaledwie 17% wyborców. Pozostali kandydaci cieszą się kilkuprocentowym poparciem i nie będą się liczyć w walce o fotel prezydenta. Póki co, Laura Chinchilla zmierza ku temu, aby stać się pierwszą kobietą na najwyższym stanowisku w kraju. Warto przy tej okazji podkreślić, że były już inne kandydatki na ten urząd, a równouprawnienie kobiet w Kostaryce jest na jednym z najwyższych poziomów na świecie. Według Unii Międzyparlamentarnej, kraj ten zajmuje 10. pozycję pod względem liczby kobiet w parlamencie, co jest w dużej mierze efektem prawa nakazującego partiom oddanie kobietom przynajmniej 40% uzyskanych mandatów.

Kolumbia – wybory w cieniu reelekcji Uribe

Kwestię samych wyborów w Kolumbii przyćmiewa problem ewentualnej reelekcji obecnego prezydenta, Alvaro Uribe. Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że choć głośno mówi się o jego dążeniu do reelekcji, ciągle nie zostało to oficjalnie potwierdzone. Uribe cieszy się bardzo dużym, 78% poparciem, głównie ze względu na swą twardą politykę wobec partyzantki FARC i karteli narkotykowych. Za tą samą politykę jest krytykowany na forum międzynarodowym – ze względu na rażące przypadki naruszania praw człowieka i zarzucany mu brak skuteczności. Uribe długo wzbraniał się – i ciągle to robi – przed ostateczną decyzją, lecz mechanizm mający zapewnić mu ewentualną reelekcję został już wprawiony w ruch. Urząd prezydenta sprawuje od 2002 r., w 2006 r. ponownie wygrał wybory (z ogromną przewagą). Aby mógł kandydować po raz trzeci, musi zostać zmieniona konstytucja. Na wniosek jego zwolenników sprawą zajął się kolumbijski Trybunał Konstytucyjny, który zaaprobował możliwość przeprowadzenia ogólnonarodowego referendum w sprawie zmian w konstytucji umożliwiających Uribe ponownie kandydowanie na najwyższy urząd w państwie.

Sprawa jednak dalej podlega weryfikacji prawnej. Możliwe jest, że referendum takowe będzie mieć miejsce w marcu 2010 r., wespół z wyborami parlamentarnymi. Jeśliby do niego doszło, wszystko wskazuje na to, że poszłoby ono po myśli Uribe. Sondaże wskazują, że 65% obywateli wzięłoby udział w takim referendum, z czego 88% głosowałoby za umożliwieniem reelekcji obecnego prezydenta. Jeśli sprawy potoczą się według tego scenariusza, trzecie z rzędu zwycięstwo Alvaro Uribe jest pewne. Jeśli jednak ostatecznie nie będzie on kandydował, liderami wyścigu prezydenckiego będą Juan Manuel Santos, Andres Felipe Arias oraz Gustavo Petro. Dwaj pierwsi wywodzą się z otoczenia Uribe i byli członkami jego rządu, Petro zaś jest liderem największej, opozycyjnej partii lewicowej.

Brazylia po Luli

Na październik 2010 r. zaplanowane są wybory prezydenckie w Brazylii. Wybrany na prezydenta w październiku 2002 r. większością 61% głosów, Luiz Inácio Lula da Silva stał się idolem Brazylijczyków. Wbrew obawom jego przeciwników oskarżających go o zbyt radykalne, lewicowe poglądy, rządy Luli charakteryzowały się umiarkowaniem na każdym polu. Nie tylko umiejętnie prowadzi politykę wewnętrzną, powoli, lecz systematycznie zmniejszając biedę i poprawiając byt najuboższych, ale również z sukcesem stworzył z Brazylii jednego z liderów globalnego systemu międzynarodowego, z którym liczą się największe mocarstwa. W 2006 r. został ponownie wybrany prezydentem dystansując przeciwników. Obecnie cieszy się ogromnym 77% poparciem, lecz zgodnie z brazylijską konstytucją nie może zostać wybrany na trzecią kadencję. Na swoje miejsce desygnował więc koleżankę z PT (Partido dos Trabalhadores), Dilmę Rousseff. Rouseff nie cieszy się jednak tak dużym poparciem, jak Lula. Sondaże z września tego roku dają jej jedynie 19% głosów, podczas gdy lider opozycyjnej PSDB (Partido de la Social Democracia Brasileña), José Serra cieszy się dwukrotnie większym, 40% poparciem. Serra przegrał w wyborach w 2002 r. z Lulą da Silvą, wszystko wskazuje jednak na to, że w przyszłorocznych pokona jego następczynię, Dilmę Rouseff. Słabe wyniki Rouseff są z jednej strony wyniki skandali politycznych w rządzącej partii, które również odbiły się na spadku poparcia dla obecnego prezydenta (z 82% do 76%). Z drugiej jednak wskazują, w jakim stopniu sukces Luli wynika z jego charyzmy i indywidualnej popularności, a nie z faktu, że reprezentuje Partido dos Trabalhadores.

Wenezuela – poparcie dla Chaveza spada

Na grudzień 2010 r. zaplanowane są wybory parlamentarne w Wenezueli. Wbrew pozorom, tym razem zwolennicy urzędującego prezydenta mogą mieć znacznie większe problemy z opanowaniem parlamentu. Po pierwsze, opozycja uświadomiła sobie kompletne fiasko swojej decyzji sprzed 5 laty, kiedy w proteście przeciw autorytarnym zapędom Hugo Chaveza, zbojkotowała wybory. Efekt był jedynie taki, że parlament został całkowicie zdominowany przez zwolenników prezydenta. Nauczona tym doświadczeniem opozycja już więcej nie popełni podobnego błędu. Po drugie, jak wskazują ostatnie sondaże, popularność prezydenta systematycznie spada. Według przeprowadzonych ankiet w październiku 2009 r. jedynie 46% Wenezuelczyków wyraziło swe poparcie dla Hugo Chaveza i jego polityki. Ten najsłabszy od 2004 r. wynik jest z jednej strony efektem radykalizacji polityki i nieudolnej działań rządu w Caracas, a z drugiej kryzysu gospodarczego, który sprawił, że skutki owej nieudolności są coraz bardziej odczuwalne. Czy oznacza to przegraną strony prezydenckiej?
 
Do tego jeszcze długa droga. Pozostaje zbyt wiele niewiadomych, w tym sama data wyborów. Władze – świadome, że czas może działać na ich niekorzyść – wspominają o możliwości przełożenia wyborów na wcześniejszy termin. Poza tym, wydaje się, że Chavez będzie starał się odwrócić uwagę społeczeństwa od problemów wewnętrznych i skupiać na wyimaginowanym zagrożeniu ze strony Stanów Zjednoczonych i Kolumbii. W ostatnich miesiącach jego drastyczne retoryka otwarcie nawoływała Wenezuelczyków do przygotowywania się do wojny. Jeśli dojdzie do jakiegokolwiek konfliktu między Caracas i Bogotą, prawdopodobnie wpłynie to na polepszenie wyniku Hugo Chaveza (efekt „oblężonej twierdzy”). Trudno zatem na dzień dzisiejszy wyrokować o możliwych wynikach wyborów parlamentarnych w Wenezueli. Jedno jest natomiast pewne, strona rządowa nie będzie już miała tak łatwo jak 5 lat wcześniej.

Podsumowanie

W Boliwii wszystko wskazuje na to, że urzędujący prezydent zostanie wybrany na kolejną kadencję. W Chile prawdopodobnie końca dobiegnie dwudziestoletni monopol na władzę centrolewicy. W Kostaryce liderem w wyścigu prezydenckim po raz pierwszy jest kobieta. W Kolumbii urzędujący prezydent zastanawia się nad zmianą konstytucji i sprawowania mandatu po raz trzeci z rzędu. W Brazylii kandydatka desygnowana przez powszechnie uwielbianego prezydenta nie cieszy się dużym poparciem. W Wenezueli rządząca partia będzie musiała wielce się natrudzić, aby utrzymać większość w parlamencie. W wyborach, jakie miały miejsce w miniony weekend wygrali liderzy sondaży: w Hondurasie przedstawiciel tradycyjnego establishmentu politycznego, a w Urugwaju ekspartyzant i następca powszechnie lubianego prezydenta.

W niektórych przypadkach nastąpi kontynuacja dotychczasowych rządów, a w innych zmiana u steru władzy. Z jednej strony przy władzy znów będzie lewica, z drugiej natomiast, Chile po dwóch dekadach będzie miało prawicowego prezydenta, a w Kolumbii rządy prawicy są niezagrożone. Na jednym froncie popularność głowy państwa przekłada się na poparcie dla jego następcy z tej samej partii (Urugwaj), a na innym nie (Brazylia, Chile). W odróżnieniu od lat poprzednich, kiedy przez region przelała się fala przywódców lewicowych, obecnie trudno jest dopatrzeć się jednego, dominującego trendu. Wszystko wskazuje na to, że polityczna scena regionu w najbliższych latach będzie nieco bardziej zróżnicowana niż ostatnio.

Artykuł opublikowany na portalu: mojeopinie.pl.

Add to Google


5 comments on “Wyborcza gorączka w Ameryce Łacińskiej. Cz. 2.Add yours →

  1. W paragrafie o Boliwii napisałeś ze E. Morales jest pierwszym prezydentem o indiańskich korzeniach nie tylko w Boliwii ale i w całej Ameryce Łacińskiej. A co z Alejandro Toledo z Peru ? On ten urząd sprawował od 2001, wiec zdaje się ze odrobinę Moralesa wyprzedził.

  2. Masz rację, mój błąd :)
    1. Chodziło mi o wywodzącego się z korzeni reprezentanta interesów indian.
    2. Sam Morales się ogłosił pierwszym indiańskim prezydentem w historii – trochę na wyrost, ale było to symbolem. Faktem jest, że nikogo przed nim nie można uznać za reprezentanta indian.
    Toledo faktycznie ma indiańskie korzenie (choć nie takie, jak Morales :)), ale nie mieszkał w chacie z palmowym dachem, przebywał długo w USA, pracował w m-wych organizacjach etc. Gwoli ścisłości – wcześniej byli również i inni prezydenci o korzeniach indiańskich (np. Andrés de Santa Cruz, Mariano Melgarejo, René Barrientos, Juan José Torres, Luis García Meza, and Celso Torrelio), ale ich rządy nie miały nic wspólnego z kwestią indian. Podobnie było z Toledo.
    W każdym razie – dzięki za celną uwagę! Przynajmniej mam pewność, że ktoś uważnie czyta to, co piszę :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *