„Brazylia o krok od potęgi” – polemika

Do niedawna prezydent Lula da Silva królował na salonach – tak w swoim kraju, jak i na całym świecie, do tego stopnia, że aż trudno było znaleźć niepochlebny mu artykuł (o czym też pisałem). Do niedawna. Ostatnio głosy krytyki słychać coraz częściej. Należy do niech tekst pana Macieja Stasińskiego „Brazylia o krok od potęgi„, jaki ukazał się niedawno na łamach Gazety Wyborczej. Za samo to, za próbę zwrócenia uwagi na fakt, że brazylijski rząd wcale nie rządzi w glorii chwały, warto się z nim zapoznać. Zgodzić się z jego przesłaniem jednak już ciężko.

Tytuł może zmylić, wskazuje na nieco inny tok rozważań. Artykuł skupia się bowiem na wytknięciu ciągle nierozwiązanych problemów Brazylii, za które to zaniechania krytykowany jest obecny prezydent. Jak wspomniałem z artykułem warto się zapoznać, gdyż przedstawia inną niż większość ocenę rządów Luli. Nie można Stasińskiemu odmówić wielu słusznych uwag i spostrzeżeń. Wydaje się, że cel autorowi przyświecał szczytny – wytknięcie błędów i niedociągnięć władzy, zwrócenie uwagi na ciągle trwające choroby drążące to wieczne „prawie-mocarstwo”. Jednocześnie jednak, można odnieść wrażenie, że gdzieś zapodziała się równowaga. Faktem jest, że rola poprzednika Luli, Fernando Henrique Cardoso jest często niedoceniana i zapomina się, że to on podłożył podwaliny pod obecny rozwój Brazylii. I z tym wszystkim się zgadzam. Nie zgadzam się natomiast z przesłaniem, jakie płynie z artykułu ocierającego się o pean pochwalny na rzecz niedocenianego Cardoso, którego zasługi zgarnął nic nierobiący Lula.  

Prosty przykład: to, co w przypadku Luli nazywane jest (ustami przywoływanego przez Stasińskiego eksperta) „narzędziem podboju elektoratu”, w przypadku Cardoso jest już „walką z biedą”. Mowa oczywiście o rozbudowie programów socjalnych i zwiększaniu ich dofinansowania z budżetu. Odnośnie owego „podboju elektoratu” przez Lulę jeszcze jedna kwestia rzuca się w oczy. Mianowicie, w jednym miejscu artykułu autor pisze o sojuszu Luli z „z symbolem postkolonialnej przeszłości, szefem senatu i byłym prezydentem Jose Sarneyem. To przywódca zacofanego Nordeste, północno-wschodnich stanów, gdzie rządzą polityczne dynastie”. W innym natomiast przekonuje, że owe rozbudowane „programy socjalne, jak „Bolsa familia”, to narzędzie podboju elektoratu, tym cenniejsze, że pozwala odwojować część wyborców dotąd uwięzionych w strukturach oligarchicznych Nordeste…”. Chciałbym dobrze zrozumieć: Lula kuma się z oligarchami z Nordeste, a jednocześnie walczy o odebranie im wyborców? I ci „właściciele stanów” się na to godzą, czy może nie są tego świadomi?  

Odnośnie mego zarzutu gloryfikacji Cardoso… Stasiński pisze: „Prezydent Cardoso złamał m.in. państwowe monopole: naftowy, gazowy, telekomunikacyjny i transportu morskiego, poddał państwowe przedsiębiorstwa konkurencji rynkowej, ściągnął 170 mld dol. zagranicznych inwestycji, pobudził eksport, wydał duże pieniądze na walkę z biedą i uwłaszczył 80 tys. rolników. Chociaż w ciągu ośmiu lat prezydentury Cardoso średni roczny wzrost gospodarczy nie przekraczał 2,4 proc., a bezrobocie podskoczyło z 4 do 7 proc., to gospodarka Brazylii zaczęła się w świecie liczyć”.  

Pozwolę sobie rozwinąć tą ostatnią myśl. Początkowo polityka Cardoso przyniosła oczekiwane efekty, co przysporzyło mu ogromnej popularności, później jednak… później było gorzej. Ta sama polityka przyniosła recesję, upadło mnóstwo firm, wzrosło bezrobocie, ludzie utracili stabilność życiową. Zaczęli protestować przeciwko jego rządom. Na murach pojawiły się hasła: „Precz z FHC” (Fernando Henrique Cardoso). Odbywały się stutysięczne marsze i manifestacje domagające się odejścia prezydenta. Było to skutkiem tego, że – podobnie jak miało to wówczas miejsce w wielu innych krajach regionu – polityka neoliberalna (rozpoczęta jeszcze przez poprzednika Cardoso, prezydenta Collora, a kontynuowana przez Cardoso) po prostu zawiodła. Model neoliberalny bezkrytycznie przeszczepiony z krajów zachodnich na zupełnie inny grunt Ameryki Łacińskiej, nie sprawdził się. Również w Brazylii.

Aby podeprzeć się opinią kogoś bardziej znanego i poważanego niż skromna osoba autora, przytoczyć warto fragmenty z „Gorączki latynoamerykańskiej” Artura Domosławskiego (rozdział o wiele mówiącym tytule: „Chirurgia bez anestezjologa. Dzieje pewnego eksperymentu (1)”). Domosławski, znany pisarz i felietonista za rządów Cardoso odwiedział Brazylię i rozmawiał z jej mieszkańcami na temat sytuacji w kraju. Pisze: „Ludzie kochali Fernando Henrique. A potem przyszedł czas neoliberalnej klasyki: prywatyzacja, dyscyplina budżetowa, obcinanie wydatków socjalnych, wycofanie się państwa z aktywnej polityki społecznej. Plano Real [wprowadzony przez Cardoso plan uzdrowenia gospodarki – przy. autora] stworzył z Brazylii raj dla finansowych spekulantów. Wobec ogromnego zadłużenia zewnętrznego i wewnętrznego naraził gospodarkę na dużą zależność od rynków finansowych. Zadłużenie nie pozwalało państwu na wiele koniecznych inwestycji. Wielką część dochodów musiało przeznaczać na spłacenie długu”. Kryzysy światowe z 1997 r. (azjatycki) i 1998 r. (rosyjski) dobiły Brazylię, która w 1999 r. sama pogrążyła się w kryzysie. Masowo uciekający z kraju kapitał udało się zatrzymać dzięki podwyżkom odsetek bankowych. To z kolei uderzyło w producentów: „Przy tak wysokim oprocentowaniu kredytów prowadzanie biznesu było niemożliwe. Dodatkowo – dewaluacja reala i otwarcie rynków na produkty z importu doprowadziły do załamania wielu rodzimych przedsiębiorstw. Kilka milionów ludzi straciło pracę (…). Spadek dochodów i bezrobocie, które wstrząsnęły klasą średnią, odbiły się z kolei na najbiedniejszych”, którzy często znajdowali zatrudnienie (chociażby jako pomoc domowa) u rodzin z klasy średniej właśnie. To najbiedniejsi i najsłabiej wykształceni najboleśniej odczuli negatywne skutki polityki Cardoso, pozytywne zaś nieliczni bogacze. Efekt przygody Brazylii z neoliberalizmem był taki, że biedni zbiednieli jeszcze bardziej, a bogaci, jeszcze się wzbogacili. Owa „trzecia droga” Brazylii, która obecnie przynosi owoce to wbrew temu, co pisze Stasiński, zmodyfikowana wersja polityki Cardoso – zmodyfikowana przez kryzys oraz rządy Luli. Cardoso dał jej podwaliny, jednak nie obecny kształt. 

Jednym z argumentów przywoływanych przez Stasińskiego, jako uderzającego w obecnego prezydenta jest niedawny kryzys dotyczący korupcji w senacie, z nikim innym, jak Jose Sarneyem w roli głównej. Lula z kryzysu wyszedł obronną ręką, nie pojawiły się żadne głosy mówiące o jego powiązaniach z aferą. Postawiony jest jednak w krzywym świetle, jako broniący Sarneya. Nie kwestionuję tego. Kwestionuję natomiast wiarę, z jaką Stasiński przyjmuje zapewnienie Cardosy, że ten „nie miał pojęcia o praktykach Sarneya i senatorów”, bo sprawa sięga lat na długo przed prezydenturą Luli… A skoro jesteśmy już przy skandalach to warto przypomnieć, w jakiej atmosferze rządy swe kończył Cardoso. Choć jemu samemu nic nie udowodniono, krajem wstrząsały znacznie liczniejsze niż obecnie skandale: jeden z kongresmenów okazał się szefem gangu narkotykowego; pewien senator zastrzelił krytykującego go innego senatora; jeden z deputowanych sfałszował dokumenty, a do budowy wieżowca użył elementów niskiej jakości w wyniku czego budynek się zawalił i zginęli ludzie; w policji wykryto powiązania z narkobiznesem i kilkadziesiąt osób zostało aresztowanych; toczyły się sprawy przeciwko 44 kongresmenom. 

Mimo ostatniego skandalu, Lula cieszy się stale ogromnym ponad 70% poparciem. Ustami przywoływanych ekspertów Stasiński krytykuje (często zresztą słusznie) błędy lub bezczynność obecnego prezydenta, który przecież jest tak popularny, że mógłby zrobić dużo. Mógłby, a nie robi. Jednocześnie jednak autor wydaje się zapominać, że po pierwszych sukcesach Plano Real Cardosa, wówczas jeszcze ministra skarbu, Brazylia oszalała na jego punkcie. „Ludzie na ulicach wiwatowali na cześć uzdrowiciela. Telewizja pokazywała, jak na wyborczym mityngu ludzie całowali Cardosa w rękę. Profesor uniwersytecki, były marksista, zdawało się bez szans na prezydenturę, zmiażdżył rywali w pierwszej turze wyborów… Znajomy profesor z Sao Paulo śmiał się, że gdyby wtedy FHC zechciał zostać królem, to by nim został. Gdyby zechciał zostać cesarzem, też nikt by nie był przeciw. Ludzie kochali Fernando Henrique” („Gorączka Latynoamerykańska”). Czemu więc nie zechciał dokonać zmiany systemu, za której to brak krytykowany jest teraz Lula? Odpowiada na to sam Stasiński: „Cardoso przyznaje się, że walki z systemem nie podjął bo bał się, że przegra…” i nie zdoła rozwiązać nawet podstawowych problemów. Wydaje się jednak, że Cardoso stchórzył, mógł walczyć o znacznie większą stawkę, mógł zrobić znacznie więcej. Ale nie zrobił. Co oczywiście nie usprawiedliwia Luli. Jeśli jednak już krytykujemy za brak działań jednego, to za podobny brak działań wypada skrytykować drugiego. 

Stasiński krytykuje Lulę – często słusznie. Przytacza wypowiedzi jego krytyków – często celnie wytykające błędy prezydenta Brazylii. Krytykować należy, nawet tych najbardziej popularnych przywódców, m.in. z tego prostego powodu, że cokolwiek osiągnęli zawsze może być lepiej – zwłaszcza w takiej Brazylii, gdzie problemów nie trzeba szukać na siłę, od razu są widoczne. Należy jednak zachować proporcje i równowagę. Nie można dostrzegać drzazgi w oku jednych, a belki w oku innych nie widzieć. Lula nie jest idealny, podobnie nie był Cardoso. To jednak za rządów Luli Brazylia rozkwita, to on uczynił z niej jednego z liderów systemu międzynarodowego. Oddajmy jednemu co jego i drugiemu co jego. Opisujmy zasługi i błędy. Nie może być tak, że skoro tak, jak pan Stasiński spotkaliśmy się z Cardoso, to bezkrytycznie przyjmujemy co nam powie. Właściwie to może, sęk w tym, że nie powinno. Nikt nie jest obiektywny i każdy jest czyimś zwolennikiem i czyimś krytykiem. Sztuka polega na tym, żeby za pomocą argumentów przekonać innych do swoich racji. Teksty w stylu: „Kiedy kilka dni później sam Fernando H. Cardoso powiedział mi, że i on nie miał pojęcia o praktykach Sarneya i senatorów (…). Jak usidlony we własnym państwie-molochu musiał być prezydent Cardoso?” na pewno temu nie służą. W najlepszym przypadku świadczą o głębokiej, bezkrytycznej sympatii dla rozmówcy.

Artykuł opublikowany na serwisie mojeopinie.pl, dostępny tutaj.

Add to Google


2 comments on “„Brazylia o krok od potęgi” – polemikaAdd yours →

  1. Twoją polemikę przeczytałam z zainteresowaniem. I szczerze mówiąc, stanowisko autora artykułu w „Wyborczej” jakoś zupełnie mnie nie dziwi. Ponieważ nie wiem nic o Stasińskim jako takim, a i moja wiedza na temat regionu jest bardzo ograniczona, nie mogę ani odwołać się do ewentualnych wątków biograficznych, ani powiedzieć nic odkrywczego – więc z góry przepraszam za te banały lub bzdury, które zaraz zacznę wypisywać.

    Taka interpretacja – zwłaszcza w kontekście lektury „Gorączki latynoamerykańskie” :) – narzuca się sama. W niektórych kręgach Polsce jeszcze długo będzie pokutował prosty jak konstrukcja cepa podział polityki: jak coś jest (neo)liberalne i „importowane” z Zachodu, to jest dobre; jeżeli ma cokolwiek wspólnego z hasłami „lewica” i „socjalizm”, to jest złe (chyba że jest z nadrukiem Che Guevary :/ ). Domosławski dużo pisał właśnie o tym, jak Polacy nie są w stanie przynajmniej próbować zrozumieć latynoamerykańskich realiów; cytowanie przez niego ludzie opowiadali, jak to Polacy nawet nie wyobrażali sobie, jak władza prawicowa może być postrzegana jako dyktatura, a co dopiero dyktatura zbrodnicza.

    Myślę, że tutaj możemy mieć do czynienia z podobnym mechanizmem: Cardoso chciał zliberalizować Brazylię, więc dla nas ma być bohaterem. Lula jest socjalistą, więc w Polsce musi odgrywać rolę czarnego charakteru.

    To, że w ten sposób świat postrzega społeczeństwo, to jeszcze jest dla mnie w miarę zrozumiałe. Ale że takie stanowisko propaguje jeden z najbardziej poczytnych dzienników w kraju, że posługuje się oczywistą manipulacją nie tyle na poziomie faktów co języka – na co zwróciłeś słuszną uwagę… To jest w pewnym sensie przygnębiające. Ale w dziwny sposób do przewidzenia.

    (Chciałam w ogóle pogratulować idei tego bloga. Region Ameryki Łacińskiej i Karaibów jak najbardziej zasługuje na to, żeby kojarzyć go z czymś więcej, niż samba i telenowele :) Zwłaszcza że obecnie dzieje się tam przecież naprawdę dużo. A polska literatura latynoamerykańska w dziedzinie politologii, w tym przede wszystkim stosunków m/n, jest koszmarnie uboga – w porównaniu oczywiście z innymi pozaeuropejskimi studiami, choćby taką Azją.

    W każdym razie chciałam Cię zapewnić, że będę regularnie czytała Twoje artykuły).

  2. I właśnie o to m.in. chodzi – cieszę się, że coraz więcej osób dostrzega to, o czym pisze Domosławski – jak nasze doświadczenia historyczne wpływają na to, jak postrzegamy hasła „prawica” oraz „lewica” i wszystko to, co się za nimi kryje. Lewica w krajach Ameryki Łacińskiej jest często tak postrzegana, jak u nas „Solidarność”. I zgadzam się jak najbardziej – jest to przykre, a momentami naprawdę aż bije tym z pewnych tekstów, wypowiedzi.
    Oprócz tej kwestii mają znaczenie zapewne i inne – choćby prywatne zapatrywania każdego z piszących/wypowiadających się na ten temat. Co do GW – nie chcę szufladkować: czasami pojawiają się na jej łamach naprawdę ciekawe artykuły, innym razem mniej… a jeszcze czasem pojawiają się tego typu teksty, jak ten p. Stasińskiego, „nieco” zniekształcający rzeczywistość. Może jak ktoś będzie zwracał na to uwagę, tekstów tego ostatniego typu będzie mniej.
    Ps. cieszę się, że mam kolejną stałą czytelniczkę 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *