W niedzielę odbyły się wybory lokalne w Meksyku, traktowane jako wstęp do wyborów prezydenckich w 2012 r.
Oprócz wyborów samorządowych w 14 stanach, w 12 z nich wybierano nowych gubernatorów (w Meksyku jest 31 wszystkich stanów + 1 dystrykt federalny). W dziewięciu przypadkach zwycięstwo odniosła PRI (która 10 lat temu straciła władzę w kraju - po 70. latach rządów!) i to ona obsadzi stołki gubernatorskie, a w trzech zwyciężyła ciekawa koaliacja konserwatystów z socjalistami. PRI straciła władzę w 3 stanach: Oaxaca, Puebla, Sinaloa (swych tradycyjnych bastionach) i uzyskała w 3 nowych. W efekcie udziały PRI zostają takie same - 19 stanów.
Wybory odbywały się w tle ciągle obecnej fali przemocy. Szczególnie bolesnym tego przypomnieniem było zabójstwo kandydata na gubernatora w jednym ze stanów kilka dni przed wyborami. To właśnie w tych kilkunastu stanach miała miejsce większość przypadków przemocy w ostatnich latach.
Jakie wnioski można wysunąć na podstawie tych wyborów odnośnie zbliżających się wyborów prezydenckich? Jak słusznie zauważają autorzy Mex Files - nic. Jest po prostu jeszcze za wcześnie by cokolwiek o tym powiedzieć. Być może PRItanic się znów wynurzy na powierzchnię, a…. być może nie.
EDIT:
Polecam ciekawe przemyślenia Boza na ten temat.








