Meksyk jak Kolumbia?

Amerykańska Sekretarz Stanu, Hillary Clinton, była uprzejma stwierdzić, że obecna sytuacja Meksyku jest coraz bardziej podobna do warunków panujących w Kolumbii 20 lat temu:

Nie jest to pierwsza tego typu opinia, która ujrzała światło dzienne. Były one jednak zwykle autorstwa dziennikarzy, publicystów, specjalistów i innych obserwatorów regionalnej sceny politycznej. Tym razem zaś słowa te zostały wypowiedziane publicznie przez aktualnie urzędującego polityka tak wysokiego szczebla. To jedno.

Drugą kwestią jest oczywiście to, że analogii między obecną sytuacją w Meksyku, a niegdysiejszą w Kolumbii jest tyleż, co i różnic. Próbuje to analizować m.in. ten artykuł. Najważniejsza różnica? Guerilla. To partyzantki zdeterminowały warunki w Kolumbii, w Meksyku nie. Pani Clinton zaś na podobieństwie działań narkokarteli do guerilli właśnie skupia swoje porównanie, przywołując jako przykład samochody-pułapki. Otóż by-zy-dura (ps. samochody-pułapki są właściwe dla wszelkich typów działalności przestępczej: od indywidualnych zamachowców, przez zwykłe gangi, kartele, po partyzantki i organizacje terrorystyczne). Nawet nie chodzi też o kontrolę terytorium państwa przez inne podmioty – w drugiej połowie XX w. chyba każdy kraj Ameryki Łacińskiej tego doświadczył, a obecnie doświadczają tego choćby Brazylia (gdzie w favelach królują lokalne gangi), Peru (gdzie odradza się El Sendero Luminoso), Wenezuela (gdzie operuje FARC, a władze nie kontrolują niektórych dzielnic stolicy) czy większość państw środkowoamerykańskich. Co ważniejsze jednak – jest to efekt poboczny wynikający z czegoś innego. Z czego? Ze słabości państwa. To właśnie ów element i kwitnący narkobiznes są najważniejsze.

I dochodzimy do rzeczy trzeciej – rozwiązania problemów. Choć niektórzy mówią o sukcesie Planu Kolumbia, dla mnie jest on w najlepszym wypadku nieprzekonywujący. Rozwiązania zastosowane w Kolumbii, zostały zaszczepione także w Meksyku. W obydwóch przypadkach z analogiczną skutecznością – bliską zeru. Mówi się o potrzebie wzmocnienia Inicjatywy Merida – czyli odpowiednika Planu Kolumbia dla Meksyku i Ameryki Środkowej. Nic bardziej mylnego. Im prędzej decydenci amerykańscy przyznają, że działania związane z militaryzacją i rozwiązaniami siłowymi (co ma miejsce w Kolumbii i Meksyku) nie rozwiążą problemu, tym lepiej. W Meksyku już zdają sobie z tego z tego sprawę (szerzej na ten temat już wkrótce).

Wzmocnienie instytucji państwa, wyeliminiowanie trawiącej je korupcji, stworzenie perspektyw rozwoju dla masy ubogich mieszkańców, edukacja i szeroko rozumiana praca u podstaw – są nieodłącznym elementem jakiejkolwiek efektywnej strategii zmierzającej do osłabienia narkobiznesu i wzmocnienia rządów prawa w regionie. Nie stanowią jednak ostatecznego rozwiązania problemu narkotyków. Tak, jak miało to miejsce w przypadku prohibicji, niezbędna będzie tutaj legalizacja. 

 


2 comments on “Meksyk jak Kolumbia?Add yours →

  1. Ciekawe, że polityka międzynarodowa Obamy, o której jeden z moich profesorów (który jest swoją drogą naprawdę wielkim autorytetem w dziedzinie prawa m/n i którego bardzo szanuję, żeby nie było) mówił, że stanowi „wielki powrót Stanów Zjednoczonych do zasad i ideałów prawa międzynarodowego”, zgodnie z którą wycofuje się wojska z Iraku i odżegnuje od polityki administracji Busha – ciekawe więc, że ta sama polityka jakoś nie bardzo zdaje się obejmować Amerykę Łacińską. No, ale w końcu na „swoim tylnym podwórku” Amerykanie z Północy mogą robić, co chcą, prawda?

    Zgadzam się co do skuteczności Planu Kolumbia i w ogóle absolutnie nie widzę przyszłości takich działań, jakie Stany Zjednoczone zdają się forsować w tym regionie od dziesięcioleci. Tak się nie rozwiąże problemów Ameryki Łacińskiej – ale serio, o czym tu mówić, skoro wiadomo przecież, że siłą nie rozwiąże się też problemu terroryzmu międzynarodowego, a mimo to jest to główna metoda działań amerykańskich?

    Trochę pewnie bredzę, ale jestem mocno zniesmaczona tym wystąpieniem Clinton, która tanimi chwytami próbuje usprawiedliwić to, co zamierza zrobić w Meksyku. I jak jeszcze wyobrażam sobie, że można, naprawdę można się łudzić, że takie „tradycyjne” metody będę skuteczne w walce z guerillą. Ale z mafią?

    I jeszcze kwestia samego handlu narkotykami – niestety, dopóki będzie popyt, będzie i podaż, ekonomii się nie oszuka. Ale tak długo, jak Stany Zjednoczone będą miały decydujący głos w regionie (a w każdym razie znaczące wpływy), do żadnej legalizacji nie dojdzie. Błędne koło.

    Warto też mimochodem zauważyć, że im więcej Amerykanie z Północy będą ingerować, tym więcej „materiału” dostarczą różnym radykałom i demagogom i podsycać społeczną paranoję.

  2. 1. Co do polityki Obamy względem regionu – powiem krótko: jestem nią rozczarowany. Są oczywiście jakieś sygnały większej poprawności niż za rządów Busha, ale ogólnie niewiele się ona zmieniła – a szczególnie brak jest realizacji zapowiedzi i oczekiwanych (przez kraje latynoamerykańskie) zmian w polityce w Waszyngtonu. Szerzej już miałem okazję o tym pisać.
    2. Nieskuteczność Planu Kolumbia i innych podobnych działań jest faktem i żadne ekwilibrystyczne zabiegi słowne przedstawicieli administracji amerykańskiej tego nie zmienią.
    3. Co do handlu narkotykami – pewne zabiegi (praca u podstaw, edukacja, rozwój ekonomiczno-społeczny, wzmocnienie instytucji państwa, wykorzenienie korupcji) mogą zmniejszyć popyt na narkotyki i – tym samym – potęgę narkokarteli. Nie sądzę jednak, aby było to ostateczne rozwiązanie problemu. Popyt na takie używki będzie zawsze, bo jest to wpisane w człowieczeństwo. Co najmniej od kilku tysięcy lat używamy różnego rodzaju środków, aby przenosić się w inny stan świadomości. Jedynie legalizacja może wyeliminować n
    ielegalny narkobiznes, zlikwidować związaną z nim przemoc, czarny rynek, a jednocześnie przynieść duże dochody państwom – jak jest to w przypadku akcyzy na alkohol i tytoń.
    Szerzej na ten temat postaram się wkrótce w sposób spójny wypowiedzieć :)
    4. USA są niestety zatwardziałe w swym stanowisku, co wynika ze skutecznej operacji administracji Nixona, która wmówiła Amerykanom, że z narkotykami trzeba walczyć, bo są największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa ich kraju. O tym też napiszę :)
    Im więcej presji międzynarodowej będzie się pojawiać, tym szybciej Stany Zjednoczone zmienią swe stanowisko. Już powoli – baaardzo powoli – ulega to zmianie. Gdzieniegdzie w USA niewielkie dawki marihuany są np. akceptowalne jako lek… Ale to dopiero czubek góry lodowej zmian, jakie trzeba wprowadzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *