Wybory w Brazylii

Niedawno miały miejsce kluczowe wybory w Wenezueli, w których – jak pisze Council on Hemispheric Affairs – wygrał każdy. Jutro mają miejsce jeszcze ważniejsze wybory – Brazylijczycy wybiorą nowego prezydenta.

Polecam:

 

Brazylia po Luli – wyzwanie dla następcy.

Kończy się „era Luli”. Dnia 3 października b.r. Brazylijczycy pójdą do urn, aby wybrać następcę uwielbianego prezydenta, który po raz trzeci nie może już kandydować. Wszystko wskazuje na to, że bez problemów zwycięży wybrana przez niego samego jego koleżanka Dilma Rouseff. Główny kandydat opozycji, Jose Sierra, choć kiedyś przewodził sondażom, dziś musi zadowolić się drugim miejscem. W programach obydwojga głównych kandydatów brak jednak wyraźnych różnic, a dominują odwołania się do kontynuacji dotychczasowej polityki. Niezależnie kto zwycięży jednak, sprostanie poziomowi Luli da Silvy będzie trudnym wyzwaniem.

 

Pewny następca

W niedzielę Brazylijczycy oddadzą swój głos na jednego z trzech kandydatów: Dilmę Rouseff, ze środowiska obecnego prezydenta i rządzącej partii Partido de los Trabajadores, Jose Serrę z opozycyjnej Partido de la Social Democracia Brasileña lub Marinę Silva, byłą minister w rządzie Luli, a obecnie kandydatkę z ramienia Partido Verde. Tak naprawdę jednak od kilku miesięcy oczywistym jest na kogo najwięcej z nich odda swój głos – następcą Luli będzie namaszczona przez niego Rouseff.

Potwierdzają to kolejne badania opinii publicznej – także te z drugiej połowy września b.r., które daje kandydatce rządzącej PT (Partido dos Trabalhadores) nawet 51%, a tym samym wygraną już w pierwszej rundzie wyborów (czego nawet nie udało się dokonać tak popularnemu Luli da Silvie). Według tego samego sondażu Serra otrzyma ok. 24% głosów. Rok temu proporcje były odwrotne – to Serra z ok. 40% był liderem sondaży, a swój głos oddawało na Rouseff niecałe 20% ankietowanych. Rok intensywnej kampanii i ogromne poparcie najpopularniejszego od dekad (jeśli nie w historii) brazylijskiego polityka, czyli obecnego prezydenta, Luli da Silvy sprawiły, iż mało komu znana urzędniczka stała się „pewniakiem” w nadchodzących wyborach. Nie zaszkodziły jej nawet skandale korupcyjne dotyczące osób z otoczenia Luli, w tym jej byłych współpracowników (podobnie zresztą, jak nie zaszkodziły samemu prezydentowi). Jeśli nie wygra w pierwszej rundzie, to odniesie pewne zwycięstwo w drugiej.

Słowo klucz – kontynuacja

Jeśli chodzi o porównanie możliwych kierunków działalności politycznej obydwóch kandydatów, to niezależnie kto by wygrał nie należałoby spodziewać się wielkich zmian. Jest to niejako wybór między kontynuacją – symbolizowaną przez Rouseff, a zmodyfikowaną kontynuacją, jaką zapewne realizowałby Serra. Dilma Rouseff bez ogródek mówi, że jej polityka będzie odzwierciedleniem polityki Luli – na każdym polu: od polityki fiskalnej, poprzez socjalną po stosunki międzynarodowe. Jose Serra, choć jest reprezentantem opozycji, w kampanii wyborczej również prezentuje się spadkobierca Luli. Tak samo, jak obecny prezydent jest „człowiekiem lewicy”, może nieco mniej radykalnym, ale nie oszukujmy się – da Silva wcale nie wprowadził radykalnych rządów w duchu socjalistycznym. Po wygranych wyborach zrzucił szaty radykała i przez dwie kadencje prowadził politykę będącą połączeniem gospodarki rynkowej i programów społeczno-pomocowych.

Serra wcale tak bardzo od Luli się nie różni, a różnice te są i byłyby najmniej widoczne właśnie na gruncie polityki zagranicznej. Niektórzy obserwatorzy regionalnej sceny politycznej postrzegają Serrę, jako klasycznego neoliberała i – jako takiego – podejrzewają o uległość Stanom Zjednoczonym (gdyby został wybrany prezydentem). Jest to jednak wyjęte z kontekstu brazylijskiej świadomości i dążeń. Pomijając czysty rachunek zysków i strat – zdecydowanie pozytywny w przypadku polityki obecnego prezydenta – rządy da Silvy zrealizowały odwieczne pragnienia klasy politycznej Brazylii odnośnie dołączenia do ścisłej czołówki aktorów międzynarodowej sceny. Itamaraty (brazylijskie ministerstwo spraw zagranicznych) niemal od początków XX w. jako cel nadrzędny ma wyrytą w świadomości realizację ambicji mocarstwowych, co ich zdaniem (skądinąd słusznie) Brazylii po prostu się należy (ze względu na jej potencjał ludnościowy, gospodarczy, zbrojny etc.). Po dekadach dążeń w końcu się udało się jej to osiągnąć – w dużej mierze dzięki własnej, autonomicznej, wyraźnej, niezachwianej i ambitnej polityce zagranicznej Luli da Silvy. Na kontynentach amerykańskich stała się równorzędnym partnerem dla Waszyngtonu, który za rządów Obamy uznaje ten status Brazylii. Proszę teraz powiedzieć brazylijskim elitom i całemu społeczeństwu, że rezygnuje się z tej niezależnej polityki, w której ich ojczyzna jest podmiotem, a nie przedmiotem na scenie międzynarodowej; polityki, która napawa dumą piąty najliczniejszy naród świata.

Wątpliwe, aby rezygnacja z własnego wektora politycznego i nawet symboliczne podporządkowanie się Stanom Zjednoczonym zyskało aprobatę Brazylijczyków, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę długie lata podporządkowania całego regionu, w tym Brazylii, interesom amerykańskim. Czy to Rouseff czy Serra, każdy następca Luli najpewniej kontynuowałby suwerenną i podmiotową politykę zagraniczną – choćby w jednej z bardziej widocznych płaszczyzn, jaką była rozbudowa i modernizacja sił zbrojnych, przy uwzględnieniu dywersyfikacji dostawców broni i sprzętu wojskowego. Ostatnie 8 lat pokazało, że taka polityka jest po prostu skuteczna i opłacalna – awans Brazylii zarówno na mapie politycznej, jak i gospodarczej świata jest wyraźny i trudny do przecenienia.

Wysoko zawieszona poprzeczka

Inną kwestią jest to, że to, co udało się osiągnąć Luli było możliwe dzięki jego osobistej charyzmie. Należałoby więc postawić pytanie – do jakiego stopnia jego następca będzie w stanie taką politykę kontynuować. Poprzeczka została postawiona wysoko. Paradoksalnie to Serra mógłby lepiej sprawdzić się na tym polu, jest znany, posiada doświadczenie w piastowaniu wysokich urzędów i wyrazistą osobowość. Rouseff w trakcie kampanii dała się poznać jedynie jako „ta wybrana” przez Lulę i prawda jest taka, że gdyby nie ta decyzja da Silvy nie usłyszelibyśmy o niej do dziś. Z drugiej strony nie należy jej przekreślać. Jej współpracownicy i znajomi mówią o niej, jako o osobie wyrazistej, o silnych przekonaniach, która wie czego chce.

Lula da Silva stworzył silne fundamenty dla rozwoju Brazylii i jej mocarstwowości. Nadchodzące miesiące pokażą, czy Rouseff będzie w stanie pójść w ślady swego charyzmatycznego poprzednika i budować na tych fundamentach kolejne kondygnacje. Wbrew pozorom bowiem do zrobienia jest wiele – choć nowo odkryte bogate złoża ropy, mistrzostwa świata w piłce nożnej w 2014 r. czy igrzyska olimpijskie w 2016 r. oferują ogromne możliwości, to jednocześnie stanowią równie wielkie wyzwanie. Wyzwanie, którego odpowiednie sprostanie wymagać będzie silnej prezydentury na miarę Luli da Silvy.

Tekst opublikowany na portalu mojeopinie.pl.

 


1 comment on “Wybory w BrazyliiAdd yours →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *